Półfinał Pucharu Polski dla GKS-u Katowice! Choć samo spotkanie mocno nas wynudziło, to końcówkę miało emocjonującą. Ostatecznie przecież serie rzutów karnych się z nimi wiążą. Górą wynikiem 4:2 okazali się Katowiczanie. Po dogrywce na Nowej Bukowej było 1:1.
Na początku Widzew dał jakieś nadzieje, że przeciwko gospodarzom uwolni bardziej znaczącą część swojego potencjału. Oddał trzy strzały, przy których Rafał Strączek musiał pokazać czujność. Była to wypadkowa sposobu gry, jaki przyjął GKS na pierwszą fazę pierwszej połowy. Próbował rozgrywać piłkę od własnej linii obrony. Często jednak tracił ją i narażał się na kontrataki.
Katowiczanom wystarczyło zmienić styl na bardziej bezpośredni, żeby przyniosło im to korzyść. W 28. minucie Czerwona Armia zdołała obronić się po ich wrzucie z autu prosto w pole karne. Natomiast futbolówka trafiła do Alana Czerwińskiego, który zauważył wybiegającego za obronę Lukasa Klemenza i posłał do niego dośrodkowanie. Środkowy defensor trafił, choć po rękach Bartłomieja Drągowskiego, do siatki. Ponownie stał się katem drużyny z Łodzi, bo w niedawnym starciu ligowym pomiędzy dzisiejszymi rywalami też zdobył bramkę decydującą o zwycięstwie GieKSy.
I zrobił się problem. Gdy przychodziło do reaktywnej gry, opartej na wysokich odbiorach, Widzewiacy prezentowali się solidnie. Brakowało im pomysłu na ataki pozycyjne. Już przedostanie się do trzeciej tercji było dla nich problematyczne, bo pod pressingiem zagrywali niecelne długie podania. Z kolei pod bramką gospodarzy częściej grali po obwodzie. Liczyli na przebłyski indywidualne lub centry. Drużyna z Katowic atakowała rzadko, co akurat trzeba jej wytknąć jako błąd, ale w końcówce mogła podwyższyć prowadzenie. Ilia Szkuryn nie potrafił wykorzystać miękkiej centry Bartosza Nowaka. Świetnie interweniował w tej sytuacji Drągowski.
Widzew nacisnął GKS
Po przerwie w Łodzian wstąpiły nowe siły. Mocno nadusili rywali, a wręcz go oblegali. Szczególnie groźnie wyglądały wykonywane przez nich stałe fragmenty gry (funkcjonujące dobrze już w pierwszej połowie). Po sprytnym rozegraniu rzutu wolnego w 53. minucie doszło do wyrównania. Julian Shehu, zamiast uderzać, znalazł niekrytego na lewej stronie Samuela Kozlovsky’ego. Ten podał wzdłuż linii bramkowej i odnalazł Andiego Zeqiriego, który wykończył akcję z najbliższej odległości.
W kolejnych minutach Łodzianie trochę spuścili z tonu, a miejscowi doszli do głosu – spotkanie się wyrównało. Znakomitą szansę na objęcie prowadzenia mieli ci pierwsi. W 62. minucie Emil Kornvig odebrał piłkę Mateuszowi Kowalczykowi, po czym podał do Sebastiana Bergiera. Napastnik tą okazję zmarnował, uderzywszy zbyt lekko.
Później brakowało ciekawych momentów. Oglądaliśmy przepychankę oraz sporo rwanej gry, polegającej na ciągłych zmianach posiadania futbolówki. Tempie gry na pewno nie pomogła dłuższa przerwa spowodowana zadymieniem w wyniku odpalenia rac. Zwyczajnie zapowiadało się na dogrywkę. W 87. minucie, po mocno niecelnym strzale z dystansu, utwierdził nas w tym przekonaniu Czerwiński.
Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia
Mecz nie nabrał zbytnich rumieńców. Katowiczanie próbowali kontrataków, lecz dogrywali zbyt niecelnie. Łodzianie chcieli znaleźć jakąś lukę w defensywie rywali, ale nie prowadziło to do ciekawych rezultatów. Dlatego takim wystrzałem emocji było trafienie po pięciu minutach od rozpoczęcia dogrywki. Sebastian Milewski znalazł niekrytego Mateusza Wdowiaka, który akrobatycznie pokonał Drągowskiego. Sędzia jednak anulował to trafienie przez spalonego. Za tą akcją poszły kolejne, bo GKS pokazał w końcówce pierwszej części dogrywki więcej energii. Tu ładna kombinacja na prawej stronie, tam centrostrzał Nowaka z rzutu rożnego – działo się pod bramką gości.
Zawodnicy z Łodzi zdecydowali się więc na odpowiedź na początku drugich 15 minut. Zaskoczyć Strączka chciał Fran Alvarez, ale oddał uderzenie w środek. Nieustannie testowali czujność defensywy przeciwnika. GieKSa ponownie uaktywniła się bliżej końcówki. Dwie szanse miał Marcel Wędrychowski, wcześniej, po wejściu z ławki, niezbyt widoczny. Natomiast piłkę meczową otrzymał od Mariusza Fornalczyka otrzymał Alvarez. Ten z dogodnej pozycji chybił i przelobował nieznacznie bramkę.
Potrzebne były więc rzuty karne. A w nich bezbłędna była drużyna z Katowic. Trafiła wszystkie cztery jedenastki. Z kolei Łodzianie rozpoczęli od karnego Alvareza (bardzo nieprzyjemny wieczór dla Hiszpana) obronionego przez Strączka. Ich los przypieczętował Fornalczyk, który uderzył nad poprzeczką.
