Jeśli Wisła Płock byłaby budynkiem, to z pewnością wyglądałaby jak solidnie umocniona twierdza. GKS Katowice w sobotnie popołudnie był jak taran, który podczas oblężenia szukał jakiegoś słabego punktu. Chciał sforsować mury i strącić króla. Sprytny Bartosz Nowak stojący na czele katowickiej armii próbował jakoś przedostać się do wnętrza fortecy. Zastęp wojów Mariusza Misiury twardo stał i odpierał ataki, ale giermek Klemenz znalazł sposób niczym niegdyś Szewczyk Dratewka.
Z tego meczu moglibyśmy – stosując oczywiście odpowiednią narrację – stworzyć zwiastun filmu opowiadającego o średniowiecznych losach zamku „Wisła Płock”. Przez 90 minut GKS Katowice próbował jakoś skruszyć mur obronny. Nawet Nowak, którego drugim imieniem jest „kreatywność” nie mógł nic zdziałać. Katowiczanie uciekali się do najbardziej wyszukanych sposób – wspomniany Nowak prawie wkręcił piłkę z rzutu rożnego. Co więcej, Arkadiusz Jędrych pokusił się o groźny strzał ze znacznej odległości. Centymetrów zabrakło też Mateuszowi Wdowiakowi, aby sięgnąć do dośrodkowania na dalszym słupku.
Płocczanie stali twardo we własnym polu karnym i nie pękali. Blisko było, żeby cały plan wziął w łeb po wrzutce Wdowiaka. Jednak rykoszet od Nemanji Mijuskovicia finalnie trafił w słupek. Podopieczni trenera Misiury skupili się na zabezpieczeniu tyłów. Gdy odzyskali piłkę, to długim podaniem na Łukasza Sekulskiego starali się stworzyć zagrożenie. Czasem Kyriakos Savvidis podholował piłkę, czym odciążał kapitana Nafciarzy. Jednak Rafał Strączek mógł liczyć na swoich obrońców. Najwięcej kluczowych interwencji zanotował Alan Czerwiński – raz sprzątnął piłkę sprzed nosa Saidowi Hamuliciowi. Ponadto raz zostawił nogę, przez co strzał Deniego Juricia wyleciał za linię końcową.
Choć jedna z drużyn była nastawiona przede wszystkim na murowanie bramki, to oglądaliśmy otwarty mecz. Piłka zmieniała swoją pozycję jak podczas potyczki chińskich pingpongistów. Tuż przed doliczonym czasem na 10. metrze przed bramką Strączka piłkę meczową miał Wiktor Nowak, ale bohaterem Wisły nie został. W jednej z ostatnich akcji meczu rzut rożny mieli gospodarze – piłka choć do bramki nie zmierzała, to cały czas cyrkulowała między graczami w żółtych koszulkach. Bartosz Nowak ni to strzałem, ni to podaniem znalazł stojącego w tłoku Lukasa Klemenza, a stoper GieKSy po raz kolejny w tym sezonie zagwarantował swojej drużynie trzy punkty.
Wielkanocne śniadanie w lepszych nastrojach będą jedli na Górnym Śląsku, a nazwisko Klemenz przy stole padnie nie raz.
