Everton – o krok od tragedii

W poprzednich latach przyzwyczailiśmy się już do faktu, że Everton nie spełnia swoich celów i założeń przed sezonem. Na Goodison Park mają duże ambicje i chcieliby regularnie występować w europejskich pucharach, ale ostatni raz na większej scenie mieli okazję pokazać się jesienią 2017 roku. Przed zakończonym niedawno sezonem optymizm był jednak znacznie mniejszy. Z klubu odszedł Carlo Ancelotti, a w jego miejsce zatrudniony został Rafa Benitez, który jako trener Liverpoolu wbijał szpileczki The Toffees. Dodatkowo – w przeciwieństwie do poprzednich lat – pieniądze wydawano bardzo oszczędnie. Nikt jednak nie spodziewał się, że do przedostatniej kolejki zespół będzie musiał walczyć o utrzymanie.

Podobnie, jak przy podsumowaniu sezonu Brentford, w przypadku Evertonu będę chciał podzielić ich drogę do utrzymania na poszczególne etapy i dla każdego z nich przytoczyć kilka statystyk, aby unaocznić, jak zespół wyglądał wówczas w liczbach.

Everton rozpoczął z wysokiego C

Pierwszy etap, czyli od startu rozgrywek do październikowej przerwy reprezentacyjnej (kolejki 1-7):

  • Punkty/mecz: 2 (5. miejsce)
  • Gole strzelone/mecz: 1,86 (6. miejsce)
  • xG/mecz: 1,74 (5. miejsce)
  • Gole stracone/mecz: 1,14 (8. miejsce)
  • xGC/mecz: 1,07 (2. miejsce)

Mimo, że Everton latem nie przeprowadził żadnych głośnych transferów, a łącznie wydał niecałe 2 mln funtów to nowe nabytki już od początku sezonu odcisnęły piętno na grze zespołu. Wówczas można było powiedzieć, że The Toffees wyciągnęli wnioski z poprzednich okienek i wreszcie nie kupowali kogo popadnie, a zawodników, co do których trener będzie miał pomysł, jak wykorzystać ich atuty z korzyścią dla drużyny. To właśnie zrobił Rafa Benitez z Demaraiem Grayem i sprowadzonym za darmo Androsem Townsendem. Planem nowego szkoleniowca na Everton było stworzenie zespołu opartego na zgranej defensywie, bezpośrednich atakach i dośrodkowaniach na Dominica Calverta-Lewina, a dwójka w/w skrzydłowych pasowała do takiego stylu gry. Już w pierwszych spotkaniach można było zauważyć, jak prostą, ale skuteczną piłkę preferuje Everton. Początkowo nawet kontuzja Calverta-Lewina (po 3. kolejce), czyli zawodnika, na którym opierała się praktycznie cała ofensywa nie podcięła skrzydeł The Toffees.

Odpowiedzialność za udziały przy bramkach wzięli na siebie Demarai Gray, Andros Townsend i Abdoulaye Doucoure. Everton nadal utrzymywał dobrą dyspozycję dzięki umiejętności przechodzenia z fazy obrony do ataku. Energiczny i nastawiony na destrukcję środek pola oraz szybkość z przodu dobrze sprawdzała się w takiej grze. Everton październikową przerwę na reprezentację spędził na 5. miejscu w tabeli z dorobkiem tylko jednej porażki. Choć gra może nie była aż tak imponująca to Everton był skuteczny, miał dobrze poukładaną defensywę i potrafił wykorzystać momenty sprzyjające. Wówczas można było kreślić plany na europejskie puchary.

Początek kryzysu

Kryzys Evertonu w obecnym sezonie trwał tak długo, że musiałem podzielić go na dwa etapy: z Benitezem i z Lampardem. Poniżej statystyki od październikowej przerwy na reprezentację do ostatniego meczu Hiszpana w roli trenera The Toffees:

  • Punkty/mecz: 0,42 (20. miejsce)
  • Gole/mecz: 0,92 (19. miejsce)
  • xG/mecz: 1,15 (16. miejsce)
  • Gole stracone/mecz: 2,17 (16. miejsce)
  • xGC/mecz: 1,97 (16. miejsce)

Podobnie, jak w poprzednim sezonie – Everton był jednym z zespołów, których kontuzje dotknęły najbardziej. Przez późny powrót z reprezentacji Yerry Mina opuścił październikowy mecz z West Hamem, a zaraz potem nabawił się urazu. Generalnie Kolumbijczyk to najpewniejszy punkt obrony i jasno wskazują to statystyki, ale w minionym sezonie ligowym rozegrał zaledwie 1/4 możliwych minut przez ogromną podatność na kontuzje. Dużą stratą był również miesięczna niedyspozycyjność Doucoure. Tym samym Everton nie miał kluczowego zawodnika w formacji ofensywnej (Calvert-Lewin), w środku pola (Doucoure) i w defensywie (Mina). Z wątpliwej jakości zmiennikami musiał nadejść większy kryzys.

Oczywiście Rafa Benitez nie jest bez winy. Samymi kontuzjami nie można wytłumaczyć porażek z Watfordem, czy Norwich oraz punktowania na poziomie spadkowicza Premier League. Benitez chciał być aż do przesady pragmatyczny i o ile w meczach z silniejszymi rywalami zdawało to egzamin (wygrana z Arsenalem, remisy z Chelsea i Tottenhamem), tak w pozostałych spotkaniach Everton często płacił cenę za pasywne podejście swojego trenera. Taki sposób gry otwarcie skrytykował choćby Lucas Digne, za co Benitez odsunął Francuza od składu, a zarząd w tym konflikcie poparł trenera i pozwolił na sprzedaż Digne’a do Aston Villi. Zaufanie do Beniteza jednak nie trwało długo. Kilka dni później i on został zwolniony.

Nowe otwarcie z Frankiem Lampardem

Zatrudnienie Franka Lamparda oznaczało zmianę filozofii gry. Anglik miał poświęcić ten stracony już sezon na pierwsze szlify, jednak bardzo słabym początkiem Everton zaplątał się w walkę o utrzymanie. Oto statystyki z pierwszych 9 spotkań Lamparda na ławce trenerskiej The Toffees w Premier League:

  • Punkty/mecz: 0,67 (19. miejsce)
  • Gole strzelone/mecz: 0,89 (17. miejsce)
  • xG/mecz: 1,03 (18. miejsce)
  • Gole stracone/mecz: 1,89 (17. miejsce)
  • xGC/mecz: 1,76 (15. miejsce)

Kiedy pod koniec stycznia Frank Lampard obejmował zespół dużo mówiło się o zmianie sposobu gry. Okoliczności, w jakich Anglikowi przyszła misja przeformatowania charakteru drużyny były jednak bardzo trudne. Everton nie miał bezpiecznego miejsca w tabeli, a każda porażka wywoływała coraz większy niepokój. The Toffees starali się grać w sposób bardziej odważny – wyprowadzać piłkę od własnej bramki, zakładać pressing wysoko – ale niespecjalnie im to wychodziło. Jedynym meczem, o którym moglibyśmy powiedzieć, że zespół zagrał tak, jak Frank Lampard sobie to wyobraża było zwycięstwo 3:0 z Leeds w lutym. Generalnie rzecz biorąc, Everton nawet nieźle prezentował się na Goodison Park, ale kiedy gościli na obcych boiskach – nie wychodziło im nic. Z pierwszych pięciu meczów wyjazdowych Lamparda nie przywieźli żadnych punktów.

Everton próbował wzmocnić się w styczniowym okienku transferowym.

Oprócz poszerzenia kadry poszczególne transfery jednak niewiele wniosły. Podsumujmy krótko każdy z nich:

  • Vitaliy Mykolenko – 16 meczów, 1309 minut, 1 gol, 0 asyst. Jedyny transfer, o którym możemy śmiało powiedzieć, że się spłacił. Ukrainiec wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie i z powodzeniem realizował zadania, które delegował mu trener. Utrata Digne’a nie okazała się aż tak bolesna.
  • Nathan Patterson – 1 mecz, 45 minut, 0 goli, 0 asyst. 20 lat, transfer przyszłościowy, pierwsze pół roku na aklimatyzację. Możemy zrozumieć.
  • Anwar El Ghazi (wypożyczenie) – 2 mecze, 11 minut, 0 goli, 0 asyst. Zupełnie nie mam pojęcia po co było to wypożyczenie Holendra z Aston Villi.
  • Donny Van de Beek (wypożyczenie) – 7 meczów, 483 minuty, 1 gol, 0 asyst. Pomocnik Man United został wypożyczony w ostatni dzień okienka transferowego, więc można podejrzewać, że był to ruch zrobiony pod Lamparda. VdB od razu wskoczył do podstawowej jedenastki, ale nie grał na miarę oczekiwań. Potem stracił skład w wyniku kontuzji.
  • Dele Alli – 11 meczów, 329 minut, 0 goli, 0 asyst. Podobna historia do Van de Beeka, ponieważ Anglik został sprowadzony na Goodison Park w ostatni dzień stycznia. Dele tylko w dwóch meczach ligowych znalazł się w wyjściowej jedenastce – pierwszym i ostatnim. Oczekiwania były znacznie większe.

Everton w desperackiej walce o utrzymanie

Kiedy po porażce z Burnley na początku kwietnia w klubie zdali sobie sprawę, że trzeba walczyć o utrzymanie i – jak mawia klasyk – patrzyć tylko na najbliższy mecz forma The Toffees znacznie się poprawiła. Oto ich statystyki za ten okres (nie uwzględniłem ostatniego spotkania z Arsenalem, ponieważ mieli już pewne utrzymanie i wyszli trochę rezerwowym składem):

  • Punkty/mecz: 1,75
  • Gole strzelone/mecz: 1,25 (10. miejsce)
  • xG/mecz: 1,29 (14. miejsce)
  • Gole stracone/mecz: 1,13 (7. miejsce)
  • xGC/mecz: 1,3 (14. miejsce)

Punktem zwrotnym w drodze do utrzymania był mecz z Manchesterem United na Goodison Park, wygrany przez The Toffees 1:0. To w tym spotkaniu mogliśmy zauważyć taki Everton, jaki zapamiętamy myśląc o tym, jak zapewnili sobie byt w elicie na przyszły sezon. Zespół ustawiony głęboko, nastawiony na defensywę i przeszkadzanie, ale zdyscyplinowany taktycznie i agresywny. Lampard odszedł od swojej idealistycznej wizji gry i zwrócił się ku najprostszym środkom. I wbrew pozorom nie jest to krytyka szkoleniowca. Są takie momenty, gdzie końcowy rezultat musisz przełożyć ponad wynik. A walka o utrzymanie jest tego najdobitniejszym przykładem. Lampard w porę zdał sobie z tego sprawę.

W następnych meczach Frank Lampard jeszcze bardziej chciał zabezpieczyć defensywę i przeszedł na ustawienie 5-4-1.

Everton z drużyny chaotycznej, rozsypanej i popełniającej multum błędów w defensywie stał się zespołem poukładanym i bazującym na szybkości oraz przebojowości przy kontratakach takich graczy, jak Richarlison, Gordon, czy Gray. Szczególnie Brazylijczyk pod koniec sezonu był w fantastycznej dyspozycji i ma niebagatelny wpływ na utrzymanie zespołu. W najnowszej historii Premier League ciężko byłoby znaleźć zespół, który w danym okresie byłby tak mało zainteresowany posiadaniem piłki, jak Everton desperacko walczący o utrzymanie. Ich średni czas przy futbolówce od meczu z Man United to 32,1% (ponad 7% mniej niż przedostatni Watford). Najdobitniejszym symbolem zmiany nastawienia Evertonu jest mecz z Liverpoolem, w którym sam Thiago wymienił więcej podań niż cały zespół Franka Lamparda.

Najważniejsze jednak, że taki sposób gry był skuteczny, a piłkarze podchodzili do każdego meczu ze 100%-owym zaangażowaniem. Można było odnieść wrażenie, że kiedy widmo spadku zaczęło zaglądać w oczy w klubie wszyscy się zjednoczyli – piłkarze, działacze oraz kibice – i wspólnie dążyli tylko do jednego celu. Udało się. Everton w następnym sezonie znów zagra w Premier League. A minione rozgrywki były już chyba ostatecznym sygnałem ostrzegawczym, że w klubie musi coś się zmienić.

Obserwuj autora na Twitterze i Facebooku

REKLAMA
Paweł
Paweł
W szeregach Mistrzów od czerwca 2019. Najczęściej piszę o Premier League, ale od czasu do czasu staram się też podejmować inne tematy. Fan Arsenalu. Burnley - Watford to najlepszy sposób na spędzenie piątkowego wieczoru.
PODOBNE
REKLAMA
101,854FaniLubię
10,659ObserwującyObserwuj
576ObserwującyObserwuj

MOŻE ZACIEKAWI CIĘ