BARTOSZ MAZUREK SHOW! Jagiellonia Białystok powalczyła we Florencji

Przed paroma laty Lech Poznań pod wodzą Johna van den Broma przyjeżdżała do Florencji z trzema bramkami straty z pierwszego meczu. Zaskakująco udało im się zniwelować różnicę, ale Fiorentina zdołała strzelić dwa gole i zapewnić sobie awans. Tamten dwumecz, choć odbywający się w późniejszej fazie turnieju, pokazał, że da się zagrozić włoskiej drużynie na wyjeździe. Jagiellonia Białystok była w podobnej sytuacji i także miała plan, aby dokonać wielkiego powrotu. I szybko przeszła do jego realizacji.

Adrian Siemieniec miał przy tym pełen komfort, bo już nie musiał szukać zamienników, tylko wystawił najmocniejszy personalnie skład. Do gry wrócili Taras Romanczuk oraz Afimico Pululu i nie ma co pudrować – od razu było widać różnicę. Jakość tej dwójki w porównaniu do duetu dubletów – Sameda Bazdara i Leona Flacha – była nieporównywalnie większa.

REKLAMA

Angolczyk już w 3. minucie pokazał jednemu ze stoperów Fiorentiny, że nie będzie z nimi łatwego życia. Ze sprytnego zastawienia się wyszła świetna okazja bramkowa, ale napastnik Jagi jakby się jej zlękł. Słaby strzał w wychodzącego bramkarza spowodował tylko westchnięcie na trybunie zajmowanej przez polskich sympatyków. Gospodarze przestraszyli się dobrego i ofensywnego początku Białostoczan, więc rozpoczęli marsz po gola, który da im trochę oddechu. Niebezpieczne sytuacje przy rozegraniu prokurowali Andy Pelmard oraz Sławomir Abramowicz, ale bramkarz Jagiellonii zachowywał status quo. Piłkarze z Florencji górowali szczególnie w walkach dośrokowane piłki, ale za każdym razem udawało się polskiej drużynie wybronić.

BARTOSZ MAZUREK SHOW!

Plan „remontada” zaczął Bartosz Mazurek. Młody pomocnik poszedł w ciemno za akcją środkiem, a kompleksowo obsłużył go grający „na ścianę” Pululu. Nastolatek – choć na raty – to zdobył gola, który dał impuls do dalszych ataków.

Jagiellonia Białystok dostała wiatru w żagle. Z obranego kursu nie zbiła jej nawet przymusowa zmiana Kamila Jóźwiaka, za którego wszedł Dawid Drachal. Były zawodnik Rakowa Częstochowa zajął miejsce w środku boiska, a na skrzydło powędrował właśnie Mazurek. Uderzać na bramkę Luki Lezzeriniego próbował Pululu, ale nie zrobił tego odpowiednio mocno. Przed przerwą podopieczni Adriana Siemieńca docisnęli pedał gazu jeszcze raz i udało im się podwyższyć na 2:0. A konkretniej Mazurkowi, którego uderzenie po rykoszecie spokojnie wylądowało w siatce.

Trener Violi – Paolo Vanoli – uznał, że nie ma co ryzykować. Po przerwie Lezzerini nie pojawił się już na boisku. Włoski bramkarz nie zawalił przy żadnej z bramek, ale szkoleniowiec postanowił zastąpić go bardzo doświadczonym Davidem de Geą. Ale nawet utytułowany Hiszpan nie miał dzisiaj recepty na wystrzałowego Mazurka. Grający na skrzydle chłopak cztery minuty po wznowieniu gry skompletował hat-tricka. Spokojne wykończenie po ziemi wykończyło szybką akcję prawą stroną i sprawiło, że w dwumeczu zapanował remis. Czysto teoretycznie Białostoczanom wystarczyła już tylko jedna bramka do zaskakującego awansu.

Awansu było tak blisko…

Na boisku pojawiali się kolejni zawodnicy pierwszego składu Fiorentiny. Paolo Vanoli zrozumiał, że ze spokojnego meczu zrobił się śmierdzący coraz bardziej problem. Jakby mało mieli problemów we Florencji. Adrian Siemieniec z roszadami czekał, choć był zmuszony wpuścić Sameda Bazdara za kontuzjowanego Norberta Wojtuszka. Końcówka zapowiadała się bardzo emocjonująco, a gospodarze postanowili się wziąć do roboty. Jagiellonia musiała uwijać się jak w ukropie, bo dosłownie co chwilę jej piłkarze zmuszani byli do interwencji obronnych. Białostocka tama tej włoskiej fali nie przepuściła. Nawet kropelka nie dosięgnęła bramki Abramowicza. Za każdym razem oglądaliśmy albo próbę wrzutki bez adresata, albo niecelne uderzenie z dystansu. Ale co by było gdyby Jesus Imaz lepiej zabrał się po kapitalnym podaniu od Dawida Drachala. Możemy tylko marzyć.

Fiorentina, by uniknąć nerwów, walczyła o gola do samego końca. Na boisku zameldował się nawet Moise Kean. Dogrywki jednak nie uniknęliśmy. Z trybun cały czas niósł się polskojęzyczny doping, który dodawał skrzydeł Białostoczanom. Do Florencji przybyło przeszło 1000 kibiców, którzy – tak jak piłkarze na boisku – dawali z siebie wszystko. Dodatkowe pół godziny długo było przeciąganiem liny bez podejmowania zbędnego ryzyka. Fiorentina próbowała ostrożnie atakować, aby nie nadziać się na przypadkową kontrę. W ich szeregi wkradała się nerwowość, co świetnie było widać po zachowaniu Dodo w kierunku Mazurka.

Va banque poszedł też trener Jagiellonii, który chyba nie lubi serii jedenastek. Z ławki na drugą część dogrywki wszedł Dimitris Rallis, czyli kolejny napastnik. Nie było chowania się za podwójną gardą. Takie podejście się ceni. Niestety w 107. minucie piłka po piąstkowaniu Abramowicza trafiła do Nicolo Fagioliego, a ten wykorzystał pustą bramkę. Zostało więc iść na całość. Doświadczona ekipa z Seria A już jednak awansu nie wypuściła.

Bliżej niż odpowiedzi Jagiellonii było kolejnego gola gospodarzy. Po rzucie rożnym i ogromnym zamieszaniu piłka po strzale Keana obiła się od Giovanniego Fabbiana i wpadła do bramki zaskoczonej drużyny Dumy Podlasia. W końcówce nie popisał się jeszcze De Gea, który wpuścił strzał z dystansu Imaza i podłączył polską drużynę do tlenu. Czasu na kolejnego gola jednak zabrakło.

REKLAMA

Jagiellonia Białystok nie oddała meczu za darmo, tylko stanęła do walki z otwartą przyłbicą. Wlała wiele nadziei w serca polskich kibiców. A przy okazji napisała piękną historię, która z pewnością będzie wspominana po latach. Najważniejszego – awansu – jednak zabrakło.

AFC Fiorentina – Jagiellonia Białystok 2:4 (Fagioli 108′, Fabbian 115′ – Mazurek 23′, 45+2′, 49′, Imaz 118′)

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    144,522FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ