W stolicy Wielkopolski zrobiło się mgliście dosłownie i w przenośni. W jesiennej aurze Lech Poznań dał się zaskoczyć Zagłębiu Lubin. Trener Leszek Ojrzyński wymyślił skuteczny, jednocześnie prosty plan – jego zespół nisko się bronił, a Marcel Reguła miał pracować za trzech, czekając na chwilę dekoncentracji defensywy Kolejorza. Takie przytrafiły się jej aż dwie. Miedziowi długo utrzymywali prowadzenie, które wypuścili z rąk w samej końcówce.
Zagłębie Lubin minimalistyczne, ale skuteczne
Przez 45 minut był to właściwie mecz bez historii. Zagłębie spędzało lwią część czasu gry w hokejowym zamku, murując własną szesnastkę. Definiowały je minimum posiadania piłki i bardzo sporadyczne wyjścia na połowę rywala. Kolejorz bowiem dominował, nieustannie szukając luk w formacji rywala poprzez ataki pozycyjne. Wiele akcji kierował do prawej strony, gdzie wykorzystywać swoją błyskotliwość miał Patrik Walemark, a Joel Pereira próbował odpowiadać za serwis.
Zespół z Poznania szukał różnorodnych sposobów na dopięcie swego. Centrował z bocznych stref, posyłał górne podania z głębi pola, próbował też indywidualnych rajdów, aby stworzyć miejscową przewagę. Jednak znalezienie przestrzeni przychodziło mu z wielkim trudem. Nie pomagała mu lekka niezdarność – widać było, że piłka nie do końca chce się słuchać Lechitów przy pierwszym kontakcie. Okazje natomiast rzecz jasna się pojawiały. Leo Bengtsson celnie uderzył z rzutu wolnego, ale zbyt lekko. Michał Gurgul odważnie wparował dryblingiem w pole karne i również zmusił Zlatana Alomerovicia do skutecznej interwencji. Golkiper cały czas stał na posterunku, również gdy dwa razy kąśliwie strzelał Yannick Agnero, a Filip Jagiełło kopnął z dystansu.
Lech miał więc teoretycznie wszystko pod kontrolą, bo o spokój w tyłach solidnie starali się Mateusz Skrzypczak z Terrym Yegbe. Ze współczuciem patrzyło się na wykonującego w pocie czoła syzyfową pracę Marcela Regułę, który nieustannie czyhał na błędy. No i szok, taki przydarzył się w 1 minucie doliczonego czasu gry. Pereira zbyt lekko wznowił z rzutu z autu, zbyt daleko był ustawiony Skrzypczak i w efekcie Reguła odzyskał piłkę. W mgnieniu oka znalazł się przed Mateuszem Lisem i podcinką pokonał go.
Lech Poznań niemal uległ
Po przerwie nastawialiśmy się na drugie 45 minut oblężenia pola karnego Miedziowych, tym bardziej że ci mieli korzystny wynik. Tylko że Poznaniakom wyjątkowo mało czasu zajęła odpowiedź na trafienie przeciwnika. W 51. minucie Walemark ponownie wszedł w taniec z defensywą Zagłębia. W jedenastce sprowadził na ziemię Filipa Kocabę, który chciał jeszcze ofiarnie zatrzymać skrzydłowego, ale trafił go w nogę i sprowokował rzut karny. Tej szansy na wyrównanie Walemark nie zmarnował.
Tylko co z tego, skoro Zagłębie miało Regułę. Kiedy Mateusz Dziewiatowski wygrał pojedynek główkowy ze Skrzypczakiem, posyłając piłkę za linię obrony, młody napastnik natychmiast do niej wystartował. Wyprzedził Yegbe, a w pojedynku sam na sam z Lisem ponownie okazał się górą, ponownie pokonując bramkarza podcinką.
Lechici musieli ponownie gonić. Aby wnieść nieco świeżości na boisko, Niels Frederiksen delegował do gry Luisa Palmę oraz Eryka Śledzińskiego, a niedługo później także Gustava Berggrena. Przez moment jeszcze Lech słaniał się na nogach po ciosie, co starał się jeszcze raz wykorzystać Reguła, ale potem gospodarze budowali kolejne ataki. Lubinianie dobrze się bronili, a ponadto poznańska ekipa momentami przekombinowywała.
Czas leciał, a niebiesko-biali bili głową w mur. W 82. minucie nadeszło ułatwienie dla nich. Agnero urwał się obronie, więc Damian Michalski sfaulował Iworyjczyka. Jako że napastnik wychodził na dogodną pozycję, to faulujący dostał czerwoną kartkę. Lech intensyfikował działania, do sytuacji dochodził Agnero, lecz nie potrafił uderzyć celnie. Wycofani i osłabieni Miedziowi jakoś napór wytrzymywali. W końcu rzutem na taśmę skapitulowali. Wyrównanie dał główką Michał Gurgul. Kolejorz oszukał więc przeznaczenie, wyszarpując chociaż punkt. Nie zmienia to faktu, że Zagłębie Leszka Ojrzyńskiego zaskoczyło faworyzowanego rywala.


