Udany powrót do Ogródka! Warta Poznań długo czekała na pierwszy domowy mecz w I Lidze, ale w końcu się go doczekała. Podjęła Arkę Gdynia i pokonała ją 3:0. Tym samym odprawiła z kwitkiem kolejnego spadkowicza z Ekstraklasy. Gdynianie byli stroną wyraźnie gorszą i nie potrafili podnieść rękawicy.
Nurt Warty porwał Arkę
Długo Zieloni czekali na I Ligę w Ogródku, ale w końcu się jej doczekali. Entuzjazm i energię z tego powodu w ich grze było widać aż za bardzo – w pozytywnym sensie. Poznaniacy od pierwszych minut bowiem przejęli inicjatywę i prowadzili grę. Pokazywali piłkarską kulturę pod wysokim pressingiem, bez piłki zaś zaangażowanie, dzięki czemu wygrywali większość kluczowych pojedynków.
Arka prezentowała się na zespół przytłoczony. Gubiła się pod naciskiem, a jej ataki były łatwo rozbijane. W ofensywie poczynała sobie niemrawo, choć to tylko eufemizm. Dość powiedzieć, że przyjezdni do przerwy nie oddali żadnego strzału. Wyzwanie stanowili jednak pod kątem organizacji gry w defensywie. Sama nie pozwalała gospodarzom na tworzenie wielu sytuacji. Te Warciarze tworzyli sobie raczej po stałych fragmentach gry.
Można powiedzieć, że przewaga nieudokumentowana trafieniem, to nie przewaga. Warcie brakowało spokoju i przede wszystkim precyzji w trzeciej tercji. Zapowiadało się, że Gdynianie dotrwają do końca pierwszej połowy bez straty gola, ale w końcówce zemścił się na nich kolejny popełniony błąd. Odbiór na jednym z zawodników zaliczył Jan Niedzielski. Pomocnik zaraz potem przytomnie podał do Antoniego Młynarczyka, który znajdował się na czystej pozycji w polu karnym. Dziesiątka zespołu z Poznania pewnie pokonała Jędrzeja Grobelnego.
Wielki powrót Kacpra Szymanka
Arkowcy próbowali zareagować, na drugą część spotkania wprowadzając Natana Dzięgielewskiego oraz Filipa Walusia. Skutek? Niewielki poza tym, że goście w końcu oddali strzał. Autorem okazał się pierwszy ze zmienników. Poznaniacy jednak nie odpuszczali i dalej tłamsili rywali. Trzeba też przyznać, że po prostu wiele im się udawało, co wpływało na obraz gry. Gdynianie byli bezradni przeciwko tak grającemu zespołowi.
W 61. minucie doszło do ważnego dla rywalizacji wydarzenia. Maciej Tokarczyk posłał na boisko Kacpra Szymanka. Jedna z głównych twarzy awansu Warty po zakończeniu poprzedniego sezonu wróciła do Motoru Lublin, lecz nie wywalczyła sobie tam miejsca. Powrót na stare śmieci ofensywny pomocnik miał zjawiskowy. Dwa razy wszedł w szesnastkę przeciwników jak w masło i zabrakło mu tylko wykończenia. Za trzecim razem nie dał szans Grobelnemu. Warto odnotować, że z Zielonymi Szymanek zdążył odbyć zaledwie jeden trening, bo do Poznania przyjechał w czwartek.
Dopiero pod koniec meczu Gdynianie zaczęli gościć na połowie gospodarzy nieco dłużej. Nie wynikało z tego wiele, ale przynajmniej padały wreszcie jakieś strzały. Groźnie zrobiło się po jednym z rzutów rożnych, natomiast drużyna trenera Macieja Tokarczyka zachowywała czujność. Nie pozwoliła sobie wejść na głowę. A nawet podwyższyła wynik. Ładnie w pole karne wszedł Aleksander Wołczek. Bramkarz nie zdołał zatrzymać uderzenia na dalszy słupek, choć odbił piłkę ręką.



