Choć Śląsk Wrocław nie wywiera szczególnie negatywnego wrażenia na początku sezonu PKO BP Ekstraklasy, to przed 8. kolejką był niebezpiecznie blisko strefy spadkowej. W 7 swoich dotychczasowych meczach beniaminek wygrał tylko raz, z Rakowem Częstochowa. Jednakże Wrocławianie przegrali jedynie 3 razy, w tym w minionym tygodniu z Jagiellonią Białystok. Na Podlasiu Śląsk odniósł większą stratę niż porażka – uraz Piotra Samca-Talara. Potrzebowali przełamania w starciu z Koroną Kielce, która jak dotąd przegrała jedynie 1 mecz. Pod względem 5 ostatnich kolejek lepiej punktują tylko Lech i Górnik. O kolejne oczka wcale tak łatwo miało nie być – Tarczyński Arena to trudna forteca do zdobycia. Ostatni mecz o stawkę u siebie WKS przegrał w… grudniu 2025 roku.
Brak Samca-Talara mocno widoczny
Patrząc na sam skład, bez względu na historię i statystyki, Korona wydawała się dość wyraźnym faworytem. I tak też zaczęła ten mecz, jak faworyt. Podopieczni Jacka Zielińskiego żywo rozpoczęli to spotkanie i szybko przesunęli na połowę przeciwnika. Śląsk na swoją pierwszą akcję musiał nieco poczekać, a ona za dobra to też nie była. Potem w 9. minucie z daleka uderzył Jehor Macenko i niewiele się pomylił. Wciąż Korona dużo lepiej wyglądała na boisku i miała inicjatywę w swoich rękach. Dobrze jej szło w pressingu, z którym Śląsk niezbyt sobie radził. W 13. minucie ładna akcja Korony, którą wykończył Ondřej Lingr, lecz również minimalnie obok. 5 minut później centrostrzał Wiktora Długosza, z naciskiem na ten pierwszy człon. Uderzył Mariusz Stępiński, ale czujnie zareagował Karol Niemczycki.
Korona miała kilka dobrych akcji, ale brakowało jej takich, które realnie mogłyby zmienić ten remis na tablicy z wynikiem. Scyzory dominowały, układały sobie grę pod siebie i rozgościły się na połowie Śląska. Gospodarze mieli bardzo dużo pracy w defensywie, a ich kontrpressing zdawał się nie działać tak, jak by tego we Wrocławiu kibice oczekiwali. Brak Samca-Talara był za nadto widoczny i odczuwalny dla Śląska. Bez niego podopieczni Ante Šimundžy grali, jakby nie mieli do końca pomysłu, co robić. W tym zespole nie było lidera. Aż w 35. minucie Korona dopięła swego. Długosz dostarczył piłkę w pole karne, a Lamine Ba wybił prosto pod nogi Stępińskiego. 31-latek uderzył i po rykoszecie od Macenki piłka wpadła do bramki. Gol trochę szczęśliwy, ale w pełni zasłużony.
Do przerwy Śląsk niczego nie zdołał wymyśleć. Nie było tu podkręcenia tempa i ruszenia do ataku. Bez pomysłu, bez polotu, biernie oczekując na to, co wymyślą Kielczanie. We Wrocławiu będą nerwowo czekać na powrót kapitana…
Gustafson bohaterem Korony!
Słoweński szkoleniowiec musiał mocno wstrząsnąć piłkarzami Śląska, bo ci na drugą połowę wyszli odmienieni. Jak nie oni, względem pierwszej połowy. Wrocławianie zdecydowanie ruszyli do ofensywy od pierwszego gwizdka i przyparli Koronę do muru. Nie było w tym konkretów, ale poprawa za to – wyraźnie zauważalna. Choć w 57. minucie te wysiłki mogły pójść na marne. Korona przechwyciła kiepskie podanie Ba i natychmiast ruszyła z kontrą. Stępiński wyłożył piłkę Michaelowi Ameyawowi, a ten z bliska nie miał trudów z trafieniem. Gola jednak odwołano. Napastnik Korony faulował w ataku Alexa Timossi Anderssona. Śląsk powoli pracował na gola wyrównującego, ale aby go zdobyć, musieli jeszcze z siebie sporo wykrzesać.
A w 64. minucie błysnęli. Karol Linetty zainicjował akcję, a Eniss Shabani świetnie się zachował w przyjęciu piłki i tylko refleks Xaviera Dziekońskiego uchronił Koronę przed remisem. Za ciekawie na Tarczyński Arenie nie było. Wrocławianie nie mieli za dużo dobrych i dużych szans. Miażdżąca przewaga w posiadaniu piłki była. Więcej z gry również mieli. Ale to i tak było za mało. Ostatni kwadrans został, a Śląsk nie potrafił dalej odkręcić losów meczu. W 77. Śląska mógł dobić Morgan Faßbender, ale kapitalną interwencją Niemczycki powstrzymał Niemca. A 2 minuty później to się na Kielczanach zemściło. Adam Ciućka pociągnął akcję skrzydłem. Zgrał do środka, do Malaly’ego Dembélé, Francuz jedynie dostawił nogę i remis. Na tym gospodarze nie chcieli poprzestawać.
Po tej bramce Śląsk ani na trochę nie spuszczał z tonu i dalej napierał. Ale do końcowego gwizdka się jednak nie wyrobił i ostatecznie i tak przegrał. W doliczonym czasie gry Kamil Jakubczyk przebojowo ruszył w pole karne, wywabił bramkarza w pole i zagrał do Simona Gustafsona. Szwedowi pozostało jedynie wbić piłkę do pustej bramki. Już wydawało się, że Korona wypuściła zwycięstwo z rąk, co przy takiej przewadze w pierwszej połowie byłoby niewytłumaczalne. W drugiej Śląsk był dużo lepszy, wyrównał, ale nie wytrzymał w końcówce. Remis byłby rozczarowaniem dla Korony, ale jednak mecz zakończył się dla nich pomyślnie.



