Kibice Śląska Wrocław długo przeżywają emocjonalny rollercoaster. W maju 2024 roku świętowali wicemistrzostwo Polski i koronę króla strzelców zdobytą przez Erika Expósito. Kwitły także nadzieje na to, że może uda się wywalczyć miejsce w Lidze Konferencji, a w europejskich pucharach z fazą grupową/ligową jeszcze ich nie było. A dokładnie rok później zapadł wyrok, którego widmo ciążyło na Śląsku od dawna, czyli spadek z PKO BP Ekstraklasy. Nie było wcale pewności, że WKS od razu tam wróci – udaje się to w niewielu przypadkach, a runda jesienna zdawała się to potwierdzać. Poprzedni sezon zakończył się sukcesem, lecz nie oznacza to końca tego chaosu. Wprost przeciwnie.
Misja zakończona sukcesem
Śląsk Wrocław zajął drugie miejsce w tabeli 1. Ligi. Łącznie zdobył 62 punkty, o 9 mniej od Wisły Kraków. Wrocławianie dysponowali trzecią najlepszą ofensywą ligi, strzelając 69 goli. Lepsze wyniki mieli wyłącznie inni tegoroczni beniaminkowie – Wisła i Wieczysta. Nie układało się Śląskowi tak dobrze przez cały sezon. Runda jesienna należała do nieudanych, WKS w przerwie zimowej znajdował się poza czołową szóstką. O ile ofensywa funkcjonowała dobrze, to defensywa radziła sobie wprost tragicznie. 2-krotny mistrz Polski zachował jesienią czyste konto tylko raz – w domowym starciu z Puszczą Niepołomice.
Od listopada 2025 roku do połowy lutego Śląsk nie był w stanie wygrać żadnego spotkania. Sporo mówiło się o przyszłości Ante Šimundžy, a obrona pilnie wymagała wzmocnień. Lekiem na te problemy okazał się być Lamine Ba, który z miejsca stał się filarem linii defensywy. I od tego momentu Wrocławianie obrali wreszcie kurs na Ekstraklasę i zaczęli grać wprost rewelacyjnie. Przełomowe okazało się zwycięstwo z Odrą Opole, które zapoczątkowało serię 13 spotkań bez porażki. Jednym z nich był owiany skandalem mecz z Wisłą Kraków, który na szczęście dla WKS-u i tak został rozliczony jako wygrana 3:0.
Transfery, które na razie nie powalają
Jak dotąd więcej piłkarzy pierwszego składu przyszło, niż odeszło. Z ważniejszych zawodników klub opuścił Krzysztof Kurowski, który po niezłej wiośnie został sprowadzony do Twente. Od tego sezonu na pewno nie zagra także Petr Schwarz. Czech z przyczyn zdrowotnych został zmuszony do zakończenia piłkarskiej kariery. Do Śląska przyszło za to aż siedmiu piłkarzy: Karol Niemczycki, Irodotos Christodoulou, Dominik Szala, Eniss Shabani, Grzegorz Tomasiewicz, Alex Timossi Andersson i Malaly Dembélé.
Najmocniejszy transfer? Na razie wydaje się nim być Timossi Andersson. Prawa obrona/wahadło wyglądają teraz na bardzo dobrze obstawione, wraz z Michałem Rosiakiem. A w przypadku byłego piłkarza akademii Arsenalu przyszłość nie jest do końca pewna, bowiem wzbudza zainteresowanie innych klubów. Podobnie jak Rosiak, Szwed także ma epizod w niższych drużynach wielkich klubów, tyle że w Bayernie Monachium. Ponadto 25-latek był w 2021 roku nominowany do nagrody Golden Boy. Może być z niego pożytek zarówno w ataku, jak i w obronie.
„Dziewiątka” może wzbudzać obawy
W swoim składzie Śląsk ma aktualnie trzech napastników: Przemysław Banaszak, Damian Warchoł i Malaly Dembélé. Mogłoby się wydawać (słusznie zresztą), że pierwszy wybór trenera jest doskonale znany. Banaszak zdobył przecież 16 bramek w 1. Lidze i był czwartym najlepszym strzelcem ligi. Są z nim jednak dwa problemy. Pierwszy to niewielkie doświadczenie na szczeblu Ekstraklasy. Ostatni mecz rozegrał tam ponad 4 lata temu, w barwach Górnika Łęczna. Pełnił przy tym rolę bardziej zmiennika niż piłkarza podstawowego składu. W 28 meczach Ekstraklasy strzelił zaledwie 4 gole, i od tamtego momentu grał na jej zapleczu, a także w lidze uzbeckiej. Drugi to ostatnia forma strzelecka. W 2026 roku 8 razy trafiał do siatki, ale tylko 2-krotnie z gry. Pozostałe bramki to rzuty karne.
Dembélé z kolei wygląda na papierze jak materiał na transferową klapę. Francuz spędził ostatni sezon na zapleczu ligi tureckiej, w drużynie z dolnej części jej tabeli. W 34 meczach strzelił 7 goli. Oczywiście, Assad Al Hamlawi również nie został wyciągnięty z najwyższego poziomu rozgrywkowego, lecz wtedy dawał jednak trochę lepsze liczby. Na chwilę obecną nie zanosi się na realne wzmocnienie, a może to być niewypał formatu nawet Juniora Eyamby czy Kennetha Zohore. W składzie jest jeszcze Warchoł, ale ten jest skłócony z trenerem i jest wielce prawdopodobne, że odejdzie w tym okienku transferowym. Ma umowę ważną przez rok, zatem to ostatni moment na to, żeby jakoś go spieniężyć.
Ci sami zawodnicy, ten sam trener
Atutem Śląska z pewnością jest to, że nie stracił wielu ważnych zawodników i są już oni sprawdzeni przez trenera. Realia będą zupełnie inne niż w 1. Lidze, ale na to w zeszłym sezonie Wrocławianie nie mogli już nic poradzić. Niemniej jednak brak rewolucji kadrowej i wielkiej wymiany składu ułatwi pracę Ante Šimundžy, który wie, z czym ma do czynienia. Dużą nadzieją na ten sezon jest także trener sam w sobie.
Słoweniec pracuje w stolicy Dolnego Śląska od końcówki 2024 roku. Oznacza to, że ma szósty najdłuższy staż spośród trenerów w Ekstraklasie. Šimundža może cieszyć się sporym, zwłaszcza jak na polskie warunki, zaufaniem ze strony klubu. Nie zwolnił go po nieudanej próbie ratowania Ekstraklasy (co zresztą byłoby akurat strzałem w stopę). Po rozczarowującej jesieni WKS również wykazał cierpliwość wobec 54-latka, dzięki czemu udało mu się z zespołem wyjść z niekorzystnej sytuacji. Można pokusić się o tezę, że to jeden z lepszych trenerów naszej ligi, który próbuje wycisnąć z tego zespołu, ile się da.
Cel na ten sezon jest jasny – utrzymać się w Ekstraklasie. O to z pewnością łatwo nie będzie. Na chwilę obecną Śląsk ma najmniejszą wartość rynkową piłkarzy według Transfermarkt spośród wszystkich klubów Ekstraklasy. Większość transferów także nie rzuca na kolana. Z drugiej strony trudno oczekiwać od beniaminka, żeby ściągał do siebie potencjalne gwiazdy ligi. Wrocławianie muszą zatem wykorzystać inne atuty, w postaci zgrania większości zespołu czy trenerskiego rzemiosła Šimundžy. Stać ich na utrzymanie, ale nie przyjdzie im to za nic.



