Premier League przyspieszyła tempa i połowa sezonu już za nami. Dziś jednak nie będzemy podsumowywać pierwszej części rozgrywek, a standardowo wyciągniemy wnioski po ostatniej serii gier. Tematy, które bierzemy pod lupę w kolejce rozgrywanej na przełomie 2025 i 2026 roku to: żywot trenera Chelsea, szersze spojrzenie na połowę sezonu Arsenalu, powtarzające się problemy Manchesteru United, problem skrzydłowych w Liverpoolu oraz idealny beniaminek.
Trenerzy Chelsea nie mają łatwo
Po remisie z Bournemouth (2:2) Chelsea rozstała się z Enzo Mareską. Pracę włoskiego szkoleniowca każdy może oceniać po swojemu. Można dyskutować ile było winy trenera w ostatnich kiepskich wynikach zespołu, natomiast teraz nie chcemy wchodzić w ten temat. Obserwując rządy BlueCo oraz ich podejście do trenerów nie sposób nie odnieść wrażenia, że właściciele Chelsea chcą mieć jako szkoleniowca „potakiwacza”, który na wszystko będzie się zgadzał. Dostanie z góry nakreśloną wizję przez właścicieli i będzie musiał się do niej dostosować. Nie będzie ingerował w transfery i nie będzie miał wpływu na kształt pierwszego zespołu.
Jeśli trener zaczyna próbować przebić się z własnymi pomysłami, szybko dochodzi do spięcia z właścicielami. To był jeden z powodów odejścia Mauricio Pochettino, mimo że końcówkę sezonu miał bardzo dobrą, a teraz w podobnych okolicznościach odszedł Enzo Maresca. Znając losy tych trenerów można zastanawiać się, czy jakikolwiek trener z topu zgodzi się podpisać kontrakt na Stamford Bridge. Enzo Maresca obecnie jest o wiele lepszym trenerem niż był w momencie, gdy Chelsea go zatrudniała. Bogatszy o wiele doświadczeń, mądrzejszy o wnioski wyciągane z popełnionych błędów. Nieprzypadkowo ostatnio w mediach pisało się, że jest wysoko na liście życzeń Manchesteru City w razie odejścia Pepa Guardioli. Chelsea wzięła więc trenera z niewielkim doświadczeniem, pozwoliła mu się rozwijać i oddała go na rynek jako o wiele lepszego fachowca niż był wówczas, gdy go zatrudniała. A teraz zapewne to samo zrobi z kolejnym (Liam Rosenior?), gdy ten zda sobie sprawę, że wizja właścicieli go ogranicza.
Kibice Arsenalu taką pierwszą połowę sezonu przed startem rozgrywek wzięliby w ciemno
W ostatnim miesiącu pojawiło się – zwłaszcza wśród społeczności kibicowskiej – trochę narzekań na grę Arsenalu oraz Mikela Artetę, który rzekomo zajeżdża piłkarzy, ograniczając minuty młodym zawodnikom (Nwaneri, Lewis-Skelly) oraz nowym transferom. Tymczasem dokładnie w połowie sezonu Arsenal jest liderem z 45 punktami na koncie. Jak nie trudno policzyć, gdyby utrzymali obecne tempo punktowania zakończyliby rozgrywki z 90 punktami, który w trzech z pięciu ostatnich sezonów zagwarantowałby mistrzostwo Anglii. Kanonierzy nie są liderem przez przypadek. W tabeli punktów oczekiwanych, którą prowadzi portal Understat są najlepszym zespołem ligi. Różnica pomiędzy xG dla nich, a przeciwko nim w przeliczeniu na mecz też jest najlepsza w Premier League.
W Lidze Mistrzów po sześciu meczach mają komplet punktów z bilansem bramek 17:1, a zaawansowane statystyki potwierdzają, że są najlepszym zespołem w fazie ligowej LM. Ciągle zachowują szanse na wszystkie trofea, ponieważ w Carabao Cup są w półfinale. Tego wszystkiego dokonali z naprawdę trudną sytuacją kadrową, ponieważ spośród dziesięciu zawodników z pola, którzy w poprzednim sezonie Premier League rozegrali najwięcej minut (nie licząc Thomasa Parteya, który odszedł z klubu) każdy wypadał z gry przez kontuzję na co najmniej jedną kolejkę ligową. Myślimy, ze przed startem rozgrywek każdy kibic wziąłby w ciemno taką pierwszą połowę sezonu.
Manchester United Rubena Amorima nadal nie potrafi zdominować przeciwnika
Zmiana ustawienia na czwórkę obrońców w meczu z Newcastle miała być symbolem zmiany Rubena Amorima i jego filozofii, a także nowym otwarciem dla Manchesteru United. W spotkaniu z Wolves (1:1) Portugalczyk wrócił jednak do standardowego ustawienia 3-4-2-1, tłumacząc to faktem, iż rywale również grali trójką obrońców, a w zespole uwidoczniły się te same problemy, które widzimy już od ponad roku. Manchester United nie potrafił zdominować przeciwnika. Nie mieli kontroli nad piłką, dość łatwo pozwalając Wilkom podchodzić pod pole karne, a gdy goście oddawali im futbolówkę, nie potrafili narzucić własnych warunków gry, przez co kreowali niewiele sytuacji. Od listopadowej przerwy reprezentacyjnej był to trzeci mecz, w którym Czerwone Diabły zawiodły w ataku pozycyjnym grając przed własnymi kibicami. Wcześniej nie potrafili przełamać broniącego w dziesiątkę od 13. minuty Evertonu, a także przejąć kontrolę w meczu ze znajdującym się w strefie spadkowej West Hamem, przez co tracili punkty.
We wtorkowy wieczór ofensywa Manchesteru United była mocno osłabiona kadrowo. Ruben Amorim nie mógł skorzystać z trójki graczy kreujących najwięcej sytuacji w tym sezonie (Bruno Fernandes, Bryan Mbeumo, Amad Diallo) oraz z Masona Mounta. W wyniku tych absencji Czerwone Diabły miały bocznych obrońców na wahadłach, dwóch defensywnych pomocników w środku i tylko trzech stricte ofensywnych zawodników. Mimo wszystko to nie mogą być wymówki. Grając na własnym stadionie przeciwko ostatniej drużynie ligi, która po 18 kolejkach miała na koncie 2 punkty, a na Old Trafford przyjechała z jednym nominalnym pomocnikiem musisz odnieść przekonujące zwycięstwo, jeśli masz być zespołem zasługującym na udział w Lidze Mistrzów.
Liverpool potrzebuje skrzydłowych
Na początku grudnia Arne Slot, szukając optymalnego ustawienia dla zespołu bez Mohameda Salaha, który był bez formy, a teraz przebywa z reprezentacją Egiptu na Pucharze Narodów Afryki, wpadł na pomysł, aby zagrać bez naturalnych skrzydłowych i zagęścić środek pola w fazie posiadania piłki, a w wyjściowej jedenastce umieścić wielu naturalnych pomocników. Za początek gry w takim systemie należy uznać mecz z Leeds 6 grudnia. Od tego czasu mistrzowie Anglii zagrali 6 meczów we wszystkich rozgrywkach i nie przegrali ani razu. Niemniej jednak, w wielu spotkaniach było widać, że jest to raczej rozwiązanie krótkoterminowe, a nie na dłuższą metę – z czwartkowym przeciwko Leeds na Anfield na czele, w którym padł bezbramkowy remis.
Leeds na Anfield przyjechało z nastawieniem bardzo defensywnym. Większość czasu spędzali przesuwając się za piłką na własnej połowie w systemie 5-4-1. Liverpool będąc zmuszonym do ataków pozycyjnych cierpiał na brak naturalnych skrzydłowych. To w bocznych sektorach jest najwięcej przestrzeni, więc tam najłatwiej przebić się przez szyki obronne przeciwnika. Zespół Arne Slota nie miał tam jednak odpowiedniej jakości. To był trzeci kolejny mecz, w którym The Reds mierzyli się z nisko ustawioną obroną. Mimo że była to pierwsza strata punktów, to w każdym przypadku zespół nie zagrał przekonująco w ofensywie.
Życzymy sobie w Premier League więcej takich beniaminków jak Sunderland
Sunderland w obecnym sezonie na własnym stadionie zdołał już urwać punkty Arsenalowi oraz zwyciężyć w derbach z Newcastle. W tej kolejce przyjechał Manchester City i również wyjechał bez kompletu punktów (po remisie 0:0). Zespół Pepa Guardioli stworzył sobie sytuacje na zdobycie co najmniej jednego gola, ale przebieg tego spotkania z perspektywy trenera Czarnych Kotów, Regisa Le Brisa musi być satysfakcjonujący. Sunderland nie pozwolił się zdominować, a nawet trudno powiedzieć, aby Man City miało kontrolę nad tym meczem, co nie jest normalną sytuacją, gdy kandydat do mistrzostwa Anglii przyjeżdża na stadion beniaminka. Zespół Le Brisa skutecznie wybijał z rytmu ekipę Pepa Guardioli, dzięki dobrej organizacji gry bez piłki, odwadze w wysokim pressingu oraz intensywności.
W ostatnich sezonach tak dobrze przygotowany beniaminek do wymagań Premier League to naprawdę rzadkość. Sporo mówi się o dobrym okienku transferowym przeprowadzonym przez klub ze Stadium of Light, ale tak dobrych wyników nie byłoby również bez spójności w grze całego zespołu. Sunderland jest zespołem, który gra znacznie lepiej niż wskazuje suma umiejętności poszczególnych jednostek. Przeciwko Manchesterowi City nieobecnych było pięciu zawodników regularnie grających w podstawowej jedenastce (Ballard, Reinildo, Sadiki, Talbi, Traore), a drużyna i tak zaprezentowała się bardzo dobrze. Tacy beniaminkowe jak Sunderland wnoszą do atrakcyjności ligi sporo wartości.
Co jeszcze wydarzyło się w 19. kolejce Premier League?
- Brighton przeszło przez cały grudzień bez żadnego zwycięstwa. Na zakończenie roku kalendarzowego zremisowali tylko z West Hamem (2:2).
- W grudniu nie wygrało też Burnley, ale zespół Scotta Parkera na zwycięstwo czeka już od 26 października. W minionej kolejce przegrali na własnym stadionie z Newcastle (1:3).
- Po trzech meczach bez zwycięstwa wygrał Everton, pokonując na wyjeździe Nottingham Forest (2:0). Zespół Davida Moyesa znów zbliżył się do zespołów walczących o miejsca dające grę w Lidze Mistrzów.
- Thomas Frank w Nowy Rok wrócił na Gtech Community Stadium zmierzyć się ze swoim byłym klubem, Brentford. Tottenham zachował drugie z rzędu czyste konto na wyjeździe, ale tylko zremisował (0:0).
- Pierwszego gola w 2026 roku w Premier League zdobył Jean-Philippe Mateta. Crystal Palace jednak przedłużyło serię bez zwycięstwa we wszystkich rozgrywkach do szesciu meczów remisując z Fulham (1:1).
