Bryan Fiabema strzelił gola. Nie regulujcie odbiorników, to nie jest żaden żart. Odkąd ściągnął go do siebie Lech Poznań, Norweg zagrał 39 meczów bez bramki. Przełamanie nastąpiło w spotkaniu numer 40. Czy teraz rozwiąże się worek z bramkami? Niels Frederiksen z pewnością na to liczy, bo wtedy jego uparte stawianie na młodego napastnika okazałoby się słuszne. Na razie jednak mu się zadowolić tym, że Fiabema swoim golem dał trzy punkty w starciu z Widzewem Łódź.
Jak to się w ogóle stało, że dokonała się taka niespodziewana rzecz. Bryan Fiabema najprzytomniej zachował się w polu karnym po rzucie rożnym rozgrywanym w 65. minucie. Piłka spadła gdzieś obok interweniującego Macieja Kikolskiego, a Norweg wpakował ją do bramki. To nagroda za starania, gdyż zawodnik zajmujący miejsce Mikaela Ishaka w meczu z Widzewem Łódź od początku był aktywny – tak samo jak przeciwko KRC Genk. Mógł irytować swoją nieporadnością, a kibice najchętniej zdjęliby go z boiska. Niels Frederiksen pokazał jednak, dlaczego to on jest trenerem, i pomimo dokonania aż 4 zmian, Norweg na boisku pozostał. Za to zaufanie odpłacił się w najlepszy możliwy sposób.
Gol Fiabemy dał zwycięstwo, ale podwaliny pod to dał Luis Palma. Honduranin napoczął akcję, a następnie osobiście ją sfinalizował, pokonując Kikolskiego głową. Świetnym podanie obsłużył go natomiast Joel Pereira. Lech Poznań mógł się cieszyć, bo początek spotkania należał jednak do rywali, a tylko interwencja VAR-u spowodowała, że Kolejorz nie przegrywał.
Bo Widzew Łódź naprawdę napracował się, aby wywieźć z Poznania więcej, niż dwie bramki w plecy. Łodzianie tworzyli zagrożenie skrzydłami, ale brakowało im decydującego podania. A nawet jeśli już i ono wyszło, to szwankowała skuteczność. Jedynego gola zdobyli z karnego – Bartłomiej Pawłowski wykorzystał jedenastkę podyktowaną za głupie zachowanie Joao Moutinho, który najzwyczajniej w świecie odepchnął rywala podczas walki o piłkę.
Mecz był dość otwarty. Szanse miały oba zespoły, choć to Kikolski był częściej zatrudniany. Młody bramkarz jednak dobrze radził sobie ze strzałami rywali, trzymając drużynę przy życiu. Gdy uderzał Widzew – zazwyczaj piłka leciała obok bramki, lecz nieznacznie. Fran Alvarez obił obramowanie, Tonio Teklić trafił w boczną siatkę. No akurat Samuel Akere posłał piłkę w kosmos, stojąc na 6. metrze przed bramką. To samo zrobił po drugiej stronie Kornel Lisman, marnując podanie Fiabemy.
Wynik stał na ostrzu noża do samego końca spotkania. Lech nie miał kontroli nad meczem. Widzew natomiast nie umiał strzelić wyrównującego gola. W grę jednych i drugich wkradła się niedokładność i sama końcówka wyglądała bardziej jak przepychanka w klinczu, niż wymiana przemyślanych ciosów. Zakończyło się wygraną gospodarzy, a na sam mecz nie można narzekać.