Śląsk Wrocław podczas starcia w Radomiu pokazał swoje wszystkie bolączki, z którymi się mierzy. Istniał właściwie tylko przez pierwsze pół godziny, by potem kompletnie zszarzeć. Dwa gole stracił zaś po błędach własnych. Tych przytrafiało się Wojskowym naprawdę sporo. Ale trzeba też oddać Radomiakowi, że robił bardzo dużo, aby jego przeciwnik te pomyłki popełniał. Wygrał, bo był zdecydowanie lepszy.
Z dołu tabeli nie znaczy gorsze. Choć zarówno Radomianie, jak i Wrocławianie walczą w tym sezonie o utrzymanie, to nie można było narzekać na nudną, wyrachowaną grę. Może właśnie fakt znajdowania się na musiku sprawił, że dominantą tej rywalizacji na jej starcie była bezkompromisowość. Narzucić swoje warunki chciał Śląsk i prawie udało mu się to, gdy już na początku Jan Jurcec ładnie puścił Przemysława Banaszaka za linię obrony. Napastnik natomiast źle rozegrał całą akcję.
Kawał dobrego widowiska w Radomiu
Chwilę później goście zapłacili cenę za swoje nastawienie. W środku pola górne podanie przeciął Jan Grzesik, czym rozpoczął akcję, do której podłączył się Conrado. Defensor łatwo położył na czterech literach Piotra Samca-Talara i wystawił piłkę Christosowi Donisowi. Ten huknął z dystansu jak z Pogonią Szczecin, pokonując bramkarza.
Ponoć kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera, ale podopiecznym Ante Simundzy raczej to nie przeszkadzało, skoro na horyzoncie mają powrót do I Ligi. Zabrali więc gospodarzom prowadzenie. Ważną rolę odegrał w tym Malaly Dembele. To on podtrzymał atak na prawej stronie, by już za moment otrzymać piłkę w szesnastce. Podciągnął jeszcze do linii końcowej i zagrał wzdłuż bramki. Przy dalszym słupku czekał Banaszak, który z łatwością trafił do bramki.
Później wszystko toczyło się w pewnej równowadze. Gdzieś do 20. minuty inicjatywę miał zespół z Wrocławia. Potem zaś Warchoły zdołały przenieść ciężar gry na połowę rywala. Sporo zagrożenia tworzyły po stałych fragmentach, a zwłaszcza po rzutach rożnych. Ich strzały były jednak niezbyt wymagające. Wojskowi zdołali odpowiedzieć szansą Dembele, którego uruchomił Jurcec. Francuz skierował uderzenie tylko w boczną siatkę. Potem okazję miał jeszcze sam wahadłowy, ale jego sytuacyjna próba skończyła na blokującym przeciwniku.
Ostatni kwadrans plus 9 minut doliczonego czasu (rezultat dwóch przerw spowodowanych zadymieniem) to już obrona przyjezdnych przed oblężeniem Radomiaka. Piłkarze Johna Carvera zmuszali Karola Niemczyckiego do wyczynów. Golkiper dwoił się i troił. Tylko dzięki niemu wrocławska drużyna nie schodziła na przerwę z niekorzystnym wynikiem.
Śląsk Wrocław nie zdołał nawiązać walki
Po zmianie stron nie musieliśmy długo czekać na zwrot akcji. Cztery minuty po wznowieniu gry źle dziś dysponowany Dominik Szala dosłownie podał do tyłu… wprost pod nogi Grzesika. Skrzydłowy rzecz jasna skorzystał z prezentu. Minął wychodzącego Niemczyckiego i z łatwością wpakował piłkę między słupki.
W ogóle nacisk Radomiaka nie zmalał. Świadczy o tym nie tylko gol. Na połowie Wrocławian ciągle się coś działo. Tu w pole karne jak w masło wszedł dryblingiem Luquinhas, tam Grzesik wymusił na Mariuszu Malcu stratę, a poza tym cały zespół trenera Carvera długo utrzymywał się w atakach pozycyjnych. Dla Wojskowych ogromnym wyzwaniem było przejście wysokiego pressingu rywala. Linia środkowa boiska jawiła się jako trudno przekraczalna granica. Za pozytyw można wskazać jedynie fakt, że rywale Wrocławian nie tworzyli sobie zbyt wielu sytuacji.
Tylko co z tego, jak Warchoły poprawily skuteczność. Luquinhas efektownie wdarł się do środka boiska, a następnie zagrał prostopadle do Grzesika, który urwał się Jurcecowi. Skrzydłowy po raz drugi znalazł się w sytuacji, gdy przed sobą miał tylko bramkarza i ponownie się nie pomylił.
Gospodarze następnie skupili się na kontroli rywalizacji. Nie było momentu, w którym Śląsk dałby realne nadzieje na choćby doprowadzenie do kontaktu. Nie potrafił zwyczajnie nawiązać walki. Radomianie nie wypuścili z rąk lejców i zwyciężyli w rywalizacji z bezpośrednim przeciwnikiem w walce o zachowanie bytu w Ekstraklasie.


