Czekaliśmy na ten rewanż. Raków Częstochowa poprzednie spotkanie przegrał w naprawdę pechowych okolicznościach. Fiorentina zwycięską bramkę zdobyła w samej końcówce. Medaliki chciały pokazać, że możliwe jest to, czego nie dokonały zespoły Lecha Poznań i Jagiellonii Białystok. Choć dały z siebie wszystko, tuż po przerwie objęły prowadzenie, to ostatecznie Viola zdołała wykrzesać z siebie wystarczająco, aby wygrać 2:1 i jednocześnie zwyciężyć 4:2 w dwumeczu.
Inną taktykę wybrał trener Łukasz Tomczyk na rewanż. We Florencji jego zespół utrzymywał się przy piłce rzadziej i częściej skupiał się na ustawianiu szczelnego bloku obronnego na własnej połowie. Z kolei dziś, poniekąd z konieczności gonienia wyniku z poprzedniej rywalizacji, to Częstochowianie byli bardziej aktywni.
Przez pierwsze pół godziny prezentowali się jako znacznie lepsza ekipa. Dominowali w środku pola, gdzie owocnie pracowali Oskar Repka oraz Karol Struski, co umożliwiało im swobodne przechodzenie pod pole karne przyjezdnych. Nie wytrącił ich z równowagi uraz Frana Tudora, który musiał zejść z boiska już w 18. minucie
Tam robiły się już ciężary. Medalikom brakowało dokładności, a także umiejętności urwania się spod krycia rywali. Próby strzałów z dystansu Iviego Lopeza i Jeana Carlosa zostały zablokowane. Podobnie działo się, gdy piłka odnajdywała wewnątrz szesnastki Fiorentiny Jonatana Brauta Brunesa. Wrzutki Carlosa były naprawdę niezłe, bo w doprowadzały do zamieszania i były precyzyjne, ale ostatecznie to Florentczycy skutecznie się bronili, nie dopuszczając do żadnego celnego strzału.
Natomiast drużyna z Włoch przebudziła się dopiero w ostatnim kwadransie, co nie znaczy, że nie prezentowała się niemrawo. Pokazywała jednak konkretność. Stworzyła sobie kilka groźnych sytuacji, których nie wykorzystała. Dwa razy miejsce do uderzenia wypracował sobie Moise Kean, w doliczonym czasie zaś Oliwiera Zycha do interwencji zmusił Nicolo Fagioli.
Raków w końcu ukąsił Fiorentinę
Druga połowa rozpoczęła się dla gospodarzy najlepiej, jak tylko mogła. W 46. minucie Ivi Lopez wypatrzył w polu karnym Struskiego. Środkowy pomocnik ułożył sobie piłkę na prawą nogę i płaskim strzałem na bliższy słupek dał zespołowi remis w dwumeczu. Niesamowite jest to, jak zmieniła się dyspozycja byłego zawodnika Jagiellonii w przeciągu tygodnia. W poprzednim starciu z Włochami grał zdecydowanie gorzej, natomiast teraz był jednym z najlepszych piłkarzy Rakowa.
Trafienie rozwścieczyło Fiorentinę, która zaczęła przejmować kontrolę, aby wrócić do prowadzenia, z jakim zaczynała spotkanie. Rozkręcała się z minuty na minutę, zmuszała Medaliki do ofiarnego bronienia, coraz bardziej wpychała je we własną połowę. Groźne uderzenie oddał Fabbiano Parisi, a o słupek pomylił się Roberto Piccoli. W końcu to Piccoli pokonał Zycha, dając zespołowi jednobramkową przewagę w dwumeczu.
Viola nie zamierzała już dopuścić do głosu częstochowskiej drużyny. Po bramce nie spuściła z tonu, dalej szukając swoich szans. Nie dopuszczała przeciwnika do kontrataków. Nadal go dominowała. Trochę nadziei wlał w serca kibiców Brunes, który w 84. minucie upadł w polu karnym po rzekomym faulu Oliviera Christiansena. Po weryfikacji VAR okazało się, że napastnik przewrócił się bez kontaktu z bramkarzem, za co otrzymał żółtą kartkę. Gospodarze zerwali się jeszcze do ostatniego podrygu w końcówce, ale Florentczycy wytrzymali napór. Ba, w doliczonym czasie gry przyjezdni… wbili piłkę do pustej bramki. Z połowy boiska trafił Marin Pongracić.
