Raków w słabym stylu uległ Wiśle Płock w pierwszym ekstraklasowym spotkaniu po zimowej przerwie. Ten mecz stawia pod znakiem zapytania formę częstochowian i efekty pracy nowego trenera, Łukasza Tomczyka. Oczywiście ocenianie go po jednym meczu byłoby skrajnie niesprawiedliwe, ale fakty są takie, że ten mecz Rakowowi po prostu zupełnie nie wyszedł. Jakie są inne wnioski po tym starciu na szczycie Ekstraklasy? Odpowiedź w kolejnych akapitach!
1. Wisła bez pomysłu na rozegranie piłki
Od pierwszych minut meczu Wisła ewidentnie starała się rozgrywać piłkę od tyłu, także z wykorzystaniem własnego bramkarza. Sam plan nie powinien budzić większych zastrzeżeń, ale znacznie gorsze było jego wykonanie. Wielokrotnie działo się bowiem tak, że golkiper lub któryś z obrońców dostawał piłkę w tercji defensywnej i nie miał co z nią zrobić. Kończyło się więc na rozpaczliwym rozglądaniu się dookoła, a gdy przeciwnicy podbiegali bliżej, konieczne były wybicia na oślep. Z tego powodu Nafciarze nie mieli zbyt wielu szans na zagrożenie Rakowowi atakami pozycyjnymi, licząc raczej na szybkie akcje bądź stałe fragmenty.
Nie mogło być to jednak szczególnie martwiące dla Mariusza Misiury, skoro jego podopieczni mimo wszystko szybko wyszli na prowadzenie! Stało się to w 15. minucie, właśnie ze stojącej piłki. Po rzucie rożnym z lewej strony boiska w polu karnym Medalików zapanował ogromny chaos, który wykorzystała drużyna atakująca. Wiktor Nowak z najbliższej odległości otworzył wynik meczu i udowodnił, że wcale nie trzeba grać finezyjnie, by strzelać bramki. Może i Wisła nie była w stanie podręcznikowo przenosić akcji od defensywy do ataku, ale przecież prowadziła. Główny cel został zatem osiągnięty, a inne od zamierzonych były tylko środki prowadzące do jego realizacji.
JAK ON TO WCISNĄŁ? 🧐
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) February 1, 2026
Wiktor Nowak wykazał się największym sprytem w polu karnym i dał prowadzenie Wiśle Płock w meczu z Rakowem!
📺 Transmisja: https://t.co/Khg2yEVJUo pic.twitter.com/tX79GJJ6GH
2. Przebojowość to nie wszystko
Raków szybko znalazł się w trudnym położeniu. Musiał gonić wynik, co przeciwko zdyscyplinowanej w głębokiej obronie ekipie z Płocka nigdy nie jest proste. Raków męczył się jednak niesamowicie i nie potrafił stworzyć większego zagrożenia, po którym mógłby paść gol wyrównujący. Piłkarzom z Częstochowy nie można było odmówić przebojowości, ale to nie ona była sednem sprawy. Takie odważne, ofensywne usposobienia nie ma bowiem żadnego znaczenia, jeśli nie wiąże się z wysoką jakością i skutecznością podejmowanych działań.
Z tym przyjezdni mieli ogromny problem, co przejawiało się w wielu przegranych pojedynkach indywidualnych, a także niecelnych podaniach i strzałach. A to Lamine Diaby-Fadiga uderzał w trybuny z dystansu, a to Michael Ameyaw znowu tracił piłkę po dryblingu, a jeszcze innym razem Jean Carlos jakby od niechcenia kopał poza linię boczną boiska, kilka metrów od czekającego na podanie partnera. I tak w kółko – Raków był jak perpetuum mobile, zdolne do nieustannego psucia akcji za akcją. W zasadzie wyglądało to tak, jakby goście grali pierwszy sparing po długiej przerwie zimowej. Nic nie wskazywało na to, że są oni już po intensywnym i sumiennie przepracowanym okresie przygotowawczym.
3. Po przerwie Raków wciąż bez argumentów
Drugie 45 minut było wierną kontynuacją obrazu gry, do którego piłkarze zdążyli już przyzwyczaić kibiców. Wisła wciąż broniła się długimi fragmentami, cofając się nawet niżej niż dotychczas. Z kolei Raków dalej napierał i nadal był pod tym względem boleśnie nieskuteczny. Wicemistrzom Polski nie pomogły ani zmiany personalne, ani kwadrans spędzony z trenerem. Obrali oni kurs na pierwszą ligową porażkę w 2026 roku i nie robili nic, by zmienić ten niekorzystny kierunek. Mało tego, druga połowa mogła tylko sprawić, że rozmiary przegranej byłyby wyższe – już dwubramkowe. Stało się to dzięki Deniemu Juriciowi, który, strzelając na 2:0 w 59. minucie, podkreślił widoczną w tej rywalizacji bezradność Częstochowian. Ich klęska byłaby jeszcze bardziej dotkliwa, gdyby tylko w ślad za Juriciem poszli Łukasz Sekulski czy Giannis Niachos. Oni też mieli swoje okazje, lecz w przeciwieństwie do Australijczyka nie potrafili ich wykorzystać.
GOOOL! ⚽ Deni Jurić podwyższa prowadzenie Wisły Płock!
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) February 1, 2026
Jak odpowie Raków?
📺 Transmisja: https://t.co/Khg2yEVJUo pic.twitter.com/SzwHCkUvEz
Ostatecznie Raków w końcówce strzelił jeszcze gola na 2:1, ale nie miało to większego znaczenia. Oczywiście można pogratulować Jonatanowi Brunesowi trafienia, ale ogólnie występ jego zespołu należy opisać jako jedno wielkie rozczarowanie. Dokładny rezultat ma małe znaczenie w obliczu pytań o formę zespołu, które dziś zapewne niepokoją wszystkich sympatyków Medalików.
Jonatan Braut Brunes trafił w końcówce meczu do siatki, ale na wyrównanie zabrakło już czasu! ⏱️ pic.twitter.com/EwdwuPhXhZ
— CANAL+ SPORT (@CANALPLUS_SPORT) February 1, 2026
4. Dominik Sarapata: solidny debiut
Mecz z Rakowem Częstochowa był pierwszą szansą dla Dominika Sarapaty, by pokazać się w barwach nowej drużyny w meczu o stawkę. Jego debiut może nie był niesamowity, natomiast nie ma też wielu rzeczy do których można byłoby się przyczepić. Przez większość czasu Wisła była po prostu w głębokiej defensywie. Nie było zatem wielkiej przestrzeni na popisy pod przeciwną bramką, lecz ze strony Sarapaty i tak można było odnotować kilka dobrych zachowań. Pozwalają one pozytywnie ocenić około godzinę gry młodego Polaka.
To właśnie po jego podaniu Łukasz Sekulski stanął przed jedną z najbardziej obiecujących szans w całym spotkaniu. Poza tym, 18-latek wypożyczony z FC Kopenhaga zaliczył kilka istotnych przechwytów. Warto również pochwalić jego waleczność i niestrudzoną walkę o każdą piłkę, choćby po to, by zmusić Raków do odrobiny wysiłku. Występ Sarapaty to dobry sygnał, że w przyszłości wciąż można na niego stawiać, jeśli na placu gry potrzebny jest energiczny, intensywnie grający zawodnik.
