Dawno nie widzieliśmy w polskiej Ekstraklasie takiego pięknego centrostrzału, jak ten w wykonaniu Mbaye Jacquesa Ndiaye’a. Motor Lublin po golu Senegalczyka i poprawce Karola Czubaka w drugiej połowie wyjechał z Gliwic z trzema punktami. Przed podopiecznymi Mateusza Stolarskiego spokojny weekend.
Główną różnicą w tym spotkaniu była skuteczność. Starcie było dość wyrównane, a nawet z lekkim wskazaniem na gospodarzy. Piast Gliwice nie wykorzystywał jednak swoich okazji. A miał ich sporo. Przynajmniej raz na listę strzelców powinien wpisać się German Barkovskiy. Białorusin w pierwszej połowie sytuacyjnym strzałem z bliska przeniósł piłkę nad poprzeczką, a później w dobrej sytuacji nie trafił w bramkę uderzeniem lewą nogą.
Jak zdobywać gole z takich pozycji pokazał swojemu koledze po fachu Karol Czubak. Bramka na 2:0 to precyzyjny finisz wykańczający kontratak. Piłka powędrowała w dolny róg bramki, a nie jak po strzale napastnika z Gliwic – obok słupka. O trafieniu napoczynającym mecz już w 3. minucie trudno mówić w ramach jakiejkolwiek sytuacji. Mbaye Jacques Ndiaye dostał piłkę na prawej flance i ewidentnie zbierał się do dośrodkowania. Widać to było po ustawieniu ciała i samym sposobie kopnięcia. A że piłka mu zeszła, zaskoczyła Frantiska Placha i wpadła do bramki, to już pozostaje się Lublinianom cieszyć.
Końcówka zapowiadała się dość spokojnie, bo Gliwiczanie mieli ogromne problemy z oddawaniem celnych strzałów. Sprawę wyniku mogli zamknąć kolejno Czubak i Fabio Ronaldo, ale obu w dogodnych sytuacjach zatrzymał Plach. I można powiedzieć, że Słowak utrzymał swoją drużynę w grze, bo Piast wreszcie przebudził się ofensywnie.
Piast nie zdążył powalczyć o remis
Leandro Sanca początkowo grał dość niefrasobliwie, ale w 79. miniucie zdołał dać konkret. Motor źle wyprowadził piłkę, ta trafiła do ustawionego na boku pola karnego Portugalczyka, a ten pięknie uderzył w kierunku dalszego słupka.
Czasu na gonienie remisu jednak zbrakło. Piast nie zmobilizował się w pełni i nie ruszył do huraganowych ataków. To też zasługa piłkarzy Mateusza Stolarskiego, którzy skutecznie uniemożliwiali rywalom nabrania rozpędu. Szczególnie w końcówce, gdy bohaterem mogli zostać Sanca i Michał Chrapek, lecz za każdym razem na drodze do bramki stawał obrońca. Nawet jak Andreas Katsantonis zdobył gola, to sędzia Tomasz Kwiatkowski po analizie VAR go anulował. Cypryjczyk pchnął Herve Matthysa.
Jednego punkta nie zabrała jednak decyzja sędziego, a wspominana już skuteczność. Gliwiczanie sami sobie mogą pluć w brodę, że w bramkę trafić nie umieli.
