Gdyby Ishak umiał wykorzystać dobre sytuacje. Gdyby Rodriguez strzelał tak, jak podaje. Albo jakby Plach nie bronił tak dobrze. A tak wszedł Pereira na boisko, przegrał pojedynek z Katsantonisem, przez co do Poznania Lech wrócił na tarczy. To czwarty mecz bez zwycięstwa w lidze Kolejorza.
Aż dziw bierze człowieka, który kojarzył stadion w Gliwicach z okropną jakością placu po zimie, że Poznaniaków przywitała taka elegancka murawa. Piłkarze Lecha długo nie potrafili z tego korzystać. Mimo ogromnej jakości, jaką posiadają poszczególni piłkarze, nie potrafili oni dłużej utrzymać piłki w swoim posiadaniu. Przy wyższym pressingu gospodarzy zdarzało im się nawet kopać po autach.
Dochodzenie do siebie trwało bardzo długo, ale bliżej przerwy słoneczko zaczęło wychodzić. Lech miał problemy z prostym graniem, ale gdy trzeba było zagrać jakoś niekonwencjonalnie, to wtedy w piłkarzy Kolejorza wstępował jakiś brazylijski duch. Po zagraniach piętą Pablo Rodrigueza i Luisa Palmy pojedynki z Frantiskiem Plachem przegrywali kolejno Leo Bengtsson i Mikael Ishak. Słowak z czasem wyrastał na bohatera Gliwiczan, bo zdarzało mu się znów wychodzić obronną ręką z sam na sam z Ishakiem czy świetnie odbijając główkę Bengtssona. Szkoda było Rodrigueza, bo miał dużo ochoty do gry, często świetnie podawał, ale koledzy nie chcieli korzystać z jego pomocy. Hiszpan mógł więc sam wpisać się na listę strzelców, ale po zgraniu Ishaka w 72. minucie fatalnie przestrzelił z niedużej odległości.
Dziczek zmarnował karnego, Katsantonis ustrzelił Lecha
Pisałem o murawie, trzeba też wspomnieć o reszcie stadionu, który świecił we wtorek pustkami. Przyjazd Mistrza Polski nie powodował, że miasto się wyludniało. Może jakby piłkarze poczuli z widowni wsparcie większej liczby kibiców, to skorzystaliby z okresu dobrej gry, który przypadł na początek meczu. Piast długo nie dawał się rozkręcić przyjezdnym i tworzył swoje szanse pod bramką Bartosza Mrozka. Najlepsza z nich – rzut karny po ręce Palmy – nie została jednak wykorzystana. Patryk Dziczek uderzył precyzyjnie, ale za lekko, aby pokonać bramkarza o długim zasięgu ramion.
Później, gdy już ofensywa ekipy Nielsa Frederiksena wzięła się do pracy, okazje dla Piasta były już wyjątkami. Może jakby Juande Rivas albo Jorge Felix trochę celniej uderzał głową, to by ich drużyna mogła myśleć o trzech punktach. Zawodnicy z Gliwic poszli jednak w ślady ich rodaka z drugiej strony barykady i nie wykorzystywali nadarzających się szans.
Bliżej było bramki dla Lecha, ale gospodarze postanowili zrobić psikusa. Felix przełożył Taofeeka Ismaheela, a do posłanej przez niego wrzutki doskoczył Andreas Katsantonis i strzelił gola. Fatalne zachowanie wprowadzonego chwilę wcześniej Joela Pereiry sprawiło, że Piast wygrał zaległy mecz z 4. kolejki.
