Gdyby Arka Gdynia grała wyłącznie mecze u siebie, to mogłaby w tym sezonie bić się o mistrza Polski. Ten mityczny, 12. zawodnik musi wnosić dużo do gry podopiecznych Dawida Szwargi. Zaszczepiony w drużynie jest jednak gen frajerstwa i w ciągu trzech minut z 2:0 zrobiło się 2:2. Lechia Gdańsk nie była w ciemię bita.
Trudno było mnie narzekać na nawierzchnię stadionu w Gdyni. Już podczas meczu z GKS Katowice wyglądała na niezdatną do gry. Przez cały tydzień urzędowały chyba na niej dziki, bo podczas meczu z rywalem zza miedzy była w jeszcze gorszym stanie.
Stwierdzenie, że nie sprzyjała grze w piłkę, odkryciem kosmosu nie było. Na boisku dominowały więc proste środki, a z tych lepiej korzystała Arka Gdynia. Już w 6. minucie piłka wycofana przed pole karne trafiła pod nogi Oskara Kubiaka, a ten niewiele myśląc, huknął i zdjął pajęczynę z okienka bramki. Mecz zaczął się od pięknego gola, ale to było dopiero preludium.
Całe widowisko stało na niezłym poziomie, a do momentu wstrzymania gry ze względu na zadymienie przeważali przyjezdni. Zagrożenie siał głównie Tomas Bobcek. Słowak miał jednak dużego pecha, bo najpierw zatrzymywał go Damian Węglarz, później zaś pozycja spalona. Najbliżej gola było jednak po jednej z główek, gdy piłka niechybnie trafiłaby do bramki. Trafiłaby, bo w ostatniej chwili Kike Hermoso zdołał wrócić i zbić ją na słupek, przez co ta wróciła na plac gry.
Nie było wyrównania, więc po piętnastominutowej przerwie Arka wróciła na boisko i szybko podwyższyła na 2:0. A zrobił to Marc Navarro, który bez przyjęcia uderzył ze skraju pola karnego. Kolejna bramka nienagannej urody. A mogło być nawet trzy zero, bo do strzału głową Serafina Szoty szybciutko zbierać musiał się Alex Paulsen. Nowozelandczyk odbił próbę rywala i tym samym dał sygnał do odrabiania strat.
Gen frajerstwa
Lechia Gdańsk jak już wzięła się do roboty, to zrobiła to porządnie. Najpierw w 54. minucie Kacper Sezonienko skorzystał z dogodnej okazji do oddania strzału i dał kontakt, a trzy minuty później przy pomocy rykoszetu strzałem z dystansu wyrównał Ivan Zhelizko. Nic nie zapowiadało, że mecz rozpocznie się od początku. Ale Arka ma już doświadczenie w wypuszczaniu dwubramkowej przewagi w ciągu paru minut (patrz: mecz z Legią Warszawa)
Na tablicy wyników widniał remis, co oznaczało, że do końca będziemy oglądać próby doprowadzenia do zwycięstwa. Arka dwukrotnie trafiła w słupek – najpierw Sebastian Kerk z bliska, a parę minut później Nazariy Rusyn z ostrego kąta. Może też zastanawiać, czy za przytrzymywanie Vladislavsa Gutkovskisa przez Bujara Pllanę nie powinno być rzutu karnego. Ekipa VAR nie wezwała do monitora sędziego Raczkowskiego, który z boiska także nie zdecydował się na skazanie na wapno.
Kosowianin został więc uratowany przez ekipę arbitrów, a sam mógł dać wiele szczęścia swoim kibicom. Jego strzał głową z bliska trafił jednak prosto w Węglarza. Piłka raz po raz wędrowała od bramki do bramki, ale żadnego gola w Gdyni nie obejrzeliśmy. W ostatniej minucie blisko zwycięstwa rzutem na taśmę był Bohdan Viunnyk, jednak świetnie interweniował Węglarz. Dzisiejszy przydział został wykorzystany.
