Lechia Gdańsk walczyłaby o tytuł mistrzowski gdyby nie minusowe pięć punktów, z którymi rozpoczynała sezon. Powyższe zdanie nie jest ironią, bowiem Gdańszczanie konsekwentnie punktują w kolejnych spotkaniach. Przeciwko Motorowi Lublin także zamierzali powalczyć o pełną pulę.
Trzy gole do przerwy, szybkie 2:2 po wznowieniu i decydujący karny
Od początku było czuć stawkę, bo przed meczem oba zespoły miały po 24 punkty. Zwycięstwo oznaczało oddech i szansę, by odskoczyć od dolnych rejonów tabeli. Motor pierwszy raz ukłuł skutecznie w 12. minucie, kiedy Bartosz Wolski trafił na 1:0. Radość nie trwała jednak długo. Camilo Mena błyskawicznie doprowadził do wyrównania (16’), wykorzystując zamieszanie w polu karnym po wcześniejszym strzale i rykoszecie. W kolejnych fragmentach gospodarze częściej utrzymywali się przy piłce. Jednak to goście potrafili „ukłuć” groźniej. Jeszcze przed przerwą na 2:1 dla Lechii uderzył głową Tomasz Neugebauer po dośrodkowaniu z lewej strony (37’). To właśnie ten gol ustawił Motor w roli goniącego wynik.
Po zmianie stron gospodarze dostali prezent – szybkie 2:2 padło po akcji wzdłuż bramki i samobójczym trafieniu Mateja Rodina (47’). Motor wyraźnie złapał wiatr. Z kolei Lechia przez moment wyglądała na zbitą, bo w jej grze pojawiły się nerwy i proste błędy. Decydujący zwrot przyszedł w okolicach 70. minuty. Po analizie VAR sędzia Paweł Raczkowski wskazał na „jedenastkę” – uznano, że w polu karnym doszło do przewinienia na Rodinie. Mena wykorzystał rzut karny (74’) i Lechia wróciła na prowadzenie 3:2. Na boisku zrobiło się wtedy gorąco.
Końcówka mogła pójść w obie strony. Motor naciskał, ale Lechia też miała sytuacje, by zabić mecz kontrą. W jednej z nich goście zmarnowali wręcz „setkę”, a później świetnymi interwencjami ratował gospodarzy Ivan Brkić. Ostatecznie wynik już się nie zmienił, choć emocji pod bramkami nie brakowało do ostatnich minut.
