Lechia Gdańsk bardzo chciała zrewanżować się za jesienny blamaż. Wtedy Zagłębie Lubin sprało ją na kwaśne jabłko i zwyciężyło 6:2. Gdańszczanom miał pomóc atut własnego boiska. Cóż, przynajmniej udało się im stracić mniej bramek, bo tym razem przegrali ,,tylko” 0:2. Miedziowi przez całe spotkanie świetnie się bronili i wykorzystali błędy rywala. Dzięki temu wskoczyli na pozycję wicelidera w tabeli Ekstraklasy.
W pierwszej połowie oglądaliśmy chyba najgorszą wersję Lechii od rozpoczęcia rundy wiosennej. Przede wszystkim była ślamazarna. To objawiło się już w 2. minucie, kiedy po długim zagraniu jej obrońcy zagubili się w akcji, próbując opanować górną piłkę. Skorzystał z tego Jesus Diaz, który urwał się im i wyszedł na sytuację sam na sam z Alexem Paulsenem. Bramkarz uratował kolegów z drużyny.
Jednak już minutę później Nowozelandczyk nie był w stanie uchronić drużyny przed stratą bramki. Gdańszczanie nie zdołali odrzucić rywala po wykonywanym przez niego stałym fragmencie gry. Marcel Reguła podał do boku, gdzie znajdował się Diaz. Ten posłał precyzyjną centrę na głowę Mateusza Grzybka. Prawy wahadłowy trafił do siatki po tym, jak piłka odbiła się od poprzeczki – golkiper gospodarzy był bez szans.
A w 27. minucie sytuacja się powtórzyła. Lechiści mieli problem z oddaleniem zagrożenia po rzucie rożnym. Reguła wygrał pojedynek o futbolówkę, ułożył sobie ją do strzału, po czym pokonał Paulsena, który nie zdołał sięgnąć uderzenia po ziemi w prawy róg jego bramki.
Trzeba przyznać, że Zagłębie nie ułatwiało sprawy miejscowym. Bronili się spokojnie, lecz pewnie. Nie zostawiali zbyt wiele miejsca między liniami, a także dobrze pilnowali własnego pola karnego. Nawet jeśli na skrzydle pojedynki wygrywali Aleksandar Ćirković lub Camilo Mena, to ich dogrania do kolegów zatrzymywały się na lubińskich defensorach. Miejscowi nie mieli pomysłu na rozmontowanie obrony zespołu trenera Leszka Ojrzyńskiego.
Bezradna Lechia, szczelne Zagłębie
Miedziowi musieli wykazać się trochę bardziej po przerwie. Ich przeciwnicy zagęścili ruchy i zaczęli tworzyć sobie więcej szans. Tuż po wznowieniu gry zakotłowało się w szesnastce przyjezdnych, których czujność została przetestowana. Niedługo później próbował z dystansu Tomasz Neugebauer, a z główki po centrach próbowali swojego szczęścia Tomáš Bobček oraz Bujar Pllana.
Jeśli mieliśmy oczekiwać od kogoś bycia game changerem, to właśnie od Bobčka. Niestety dla gdańskiej publiczności, dziś nie do końca trafił z formą strzelecką. Choć na przestrzeni całego meczu oddał 6 strzałów, to nie potrafił uderzyć na tyle precyzyjnie, żeby pokonać Buricia.
W 49. minucie byliśmy też świadkami małej kontrowersji. Jakub Kolan kopnął Tomasza Neugebauera i wydawało się, że będzie rzut karny. Jednak po analizie VAR sędzia Sebastian Krasny stwierdził, że wcześniej był spalony, mimo że kilku zawodników z Lubina dotykało wcześniej futbolówki. Ich kontakty klasyfikowały się jednak jako nieumyślne zagrania defensywne.
Po 20 minutach ekipa ze stolicy Pomorza wytraciła impet. Jej gra zwolniła, nie pomagały też próby Bartłomieja Kłudki, który dwa razy, próbując posłać długie podanie lub dośrodkowanie (trudno to ocenić), zagrywał tak mocno, że piłka przelatywała nad bramką Lubinian. A gdy raz uderzył ze sporej odległości, to celność jego strzału nie była lepsza.
Nie wiemy, co musiałoby się wydarzyć, żeby goście stracili gola. Nie stało się to nawet w dość zabawnej sytuacji w końcówce, gdy po centrze w jej pole karne doszło do odbijanki pomiędzy ich zawodnikami. Zagłębie broniło się zbyt dobrze, a Lechia była zbyt słaba w ofensywie, żeby jakoś zaskoczyć podopiecznych trenera Ojrzyńskiego
