REKLAMA

Jak w prawdziwym futbolu poradziły sobie talenty gry FM 2007?

Odkrywanie dalszych losów niedoszłych gwiazd futbolu to intrygująca sprawa. Słyszeliście kiedyś o gościu który w młodzieżowym futbolu wygrywał rywalizację z Vincentem Kompanym, a później domagał się powołania na mundial grając w lidze Demokratycznego Kongo? Albo wielkiego talentu z Kolumbii który przeszedł do historii cieszynkami w maseczkach szpitalnych? O tego typu historiach mówi się rzadko i wypada je traktować w formie ciekawostek, ale idealnie uzmysławiają że sam talent i ogromne oczekiwania nie wystarczą do odnoszenia sukcesów. W poniższym tekście opowiemy o topowych prospektach roku 2007, których twórcy gry Football Manager uznali za potencjalne nowe gwiazdy futbolu.

Libis Arenas, 35 lat (Lazio, Penarol, Envigado)

Jedna z tych biografii, które nie sposób logicznie zrozumieć. Na młodzieżowym mundialu w 2005 roku, drużyna Kolumbii niespodziewanie ograła młodych Włochów 2:0. Wynik poszedł w świat, a pogromcy Italii znaleźli się na celownikach klubów Serie A. W swojej ojczyźnie błyskawicznie uznano ich za gwiazdy, do tego stopnia że podobizna Libisa Arenasa pojawiła się na puszkach najpopularniejszych kolumbijskich napojów gazowanych. Lazio Rzym skusiło się wówczas na “promocyjną” szansę sprowadzenia zdolnego bramkarza za ledwie 800 tysięcy euro. Dopiero po zakupie Arenasa, ktoś pomyślał że przecież koleś nie ma paszportu Unii Europejskiej, a w klubie jest już limit takich zawodników. Libis pół roku spędził bez gry, nie trenując nawet z pierwszą ekipą Lazio, a następnie wypożyczono go do ligi kolumbijskiej.

Ledwie zdążył wrócić do ojczyzny, a Lazio… zapragnęło jego powrotu. Oczywiście nie dla gry, na stole pojawiła się natomiast oferta z hiszpańskiej Meridy, która chciała wyłożyć 625 tysięcy. Oba kluby doszły do porozumienia, Hiszpanie przemyśleli sobie sprawę i bramkarza… wypożyczyli do Urugwaju, a następnie Paragwaju. Facet był rzucany z klubu do klubu, pozwiedzał trochę świata, a w wieku 29 lat zakończył karierę. Bez rozgłosu, zapomniany przez świat futbolu, a przecież jeszcze jako nastolatek rozegrał 3 spotkania w seniorskiej reprezentacji Kolumbii.

Swego czasu, w wywiadzie dla portalu Gol Caracol przyznał że chętnie wróciłby do regularnej gry, a jego kariera przypominała rumbę. Jeden wielki spontan, bez myślenia o konsekwencjach. Zabrakło kogoś kto poprowadziłby go przez świat futbolu, zadbał o jego interesy. Sam pakował się w angaż do klubów w których na starcie nie miał szans występów, przez co zmarnował najlepsze lata swojej przygody z piłką.

Eduardo Ratinho, 34 lata (Corinthians, CSKA Moskwa, Botafogo)

Pamiętacie słynne spotkanie Polska-Brazylia na młodzieżowym mundialu w Kanadzie? Te w którym Grzegorz Krychowiak strzelił bramkę z wolnego, a w ataku grał u nas Dawid Janczyk? Po drugiej stronie boiska na boku defensywy szalał pewien zdolny nastolatek. Co ciekawe, niedługo wcześniej wygryzł z podstawowego składu niejakiego Marcelo (tak, tego z Realu Madryt). Tuż po turnieju razem ze wspomnianym Janczykiem trafił do CSKA Moskwa i wydawało się że zrobi wielką karierę. Tym bardziej że był niezwykle ofensywnie nastawionym graczem, już w drugim występie dla rosyjskiego klubu miał asystę, w czwartym wpisał się na listę strzelców. Ogromne zainteresowanie jego zatrudnieniem zaczął okazywać Olimpique Lyon, w którym królowali wówczas Brazylijczycy (Juninho, Cris, Fred).

Co więcej, tych panów z Eduardo łączyła osoba wspólnego agenta, więc wydawało się że temat jest klarowny. Kwestią sporną pozostawała jedynie suma transferu, bowiem Corinthians które miało prawa do gracza (do Rosji był jedynie wypożyczony) żądało za niego minimum 10 milionów euro. Żeby jeszcze bardziej nakłonić Lyon do transferu, zdecydowano się skrócić pobyt Eduardo w Moskwie i wysłać go na pół roku do Tuluzy.

Wierzono że występy w Ligue 1 jedynie podniosą jego wartość. Niestety, Ratinho nie zdołał nawet zadebiutować we francuskim klubie. Po serii niepowodzeń po powrocie do ojczyzny, w wieku 26 lat ogłosił zakończenie sportowej kariery. Skupił się na biznesie, otwierając salon gier, a następnie wspólnie z teściem stację benzynową na przedmieściach Rio de Janeiro, gdzie pracuje do dziś.

Anthony Vanden Borre, 34 lata (Anderlecht, Genoa, Portsmouth)

Jeden z najgorzej zmarnowanych prospektów XXI wieku. W lidze belgijskiej debiutował mając 16 lat, niedługo później o jego zatrudnienie walczyły takie potęgi jak Bayern, Inter i Barcelona. Jose Mourinho zachwycał się jego grą w Lidze Mistrzów, gdy w spotkaniu przeciwko Chelsea po indywidualnej akcji trafił w poprzeczkę. W Anderlechie Bruksela wygrywał rywalizację z 18 miesięcy starszym Vincentem Kompanym, a selekcjoner Belgów nie wahał się włączyć go do składu reprezentacji. Co mogło pójść nie tak? Ano u zdolnego nastolatka zaczęło coraz bardziej rosnąć ego. Nie bał się krytykować trenerów, klubowego psychologa nazwał “bezużytecznym”, wydawało mu się że jest skazany na sukces. Niespodziewanie ze składu wygryzł go… Marcin Wasilewski. To miał być pstryczek w nos dla młodego defensora, który zupełnie nie przejął się coraz mniejszą liczbą gier.

Zamiast Barcy czy Bayernu, przeniósł się do Fiorentiny, gdzie… nie zamierzał grać. W tamtym czasie zmarła bowiem jego Mama, a Anthony uznał że potrzebuje odpoczynku od piłki nożnej. Po kilku sezonach tułaczki po słabszych klubach, pomocną dłoń wyciągnęli włodarze Anderlechtu, którzy wciąż wierzyli że Borre nie powiedział ostatniego słowa. Podobno wielki wpływ miał na to właśnie Vincent Kompany, który dobrze wspominał rywalizację, a wspólną grę w klubie z Brukseli. To on przed media społecznościowe nawoływał żeby dać Anthony’emu szansę powrotu do futbolu. Sam zawodnik przyznał się że mając 24 lata miał już świadomość że zmarnował swój talent. Zbyt wcześnie uwierzył że sam potencjał wystarczy do zrobienia wielkiej kariery, więc olał ciężką pracę.

źródło: twitter/fmbase

W Anderlechie ponownie wrócił do regularnych występów, do czasu gdy do drużyny rezerw zdegradował go dobrze znany kibicom Legii, Besnik Hasi. Obrażony wyjechał grać w… Demokratycznym Kongo. Oznajmił wówczas że ma dosyć europejskiego futbolu. Skoro Axel Witsel dostaje powołania grając w Chinach, to i jemu takowe się należą. Selekcjoner Robert Martinez nie podzielał opinii AVB, a znudzony piłką Belg mając 29 lat zakończył karierę. Wszystko po to, by po trzech latach ją wznowić. Kto go do tego namówił? Oczywiście Vincent Kompany, który co prawda nie korzystał z usług Anthony’ego piłkarza, ale dodał doświadczonego gracza do zespołu rezerw. Tego samego, z którego Belg uciekł kilka lat wcześniej.

Sherman Cardenas, 32 lata (Bucaramanga, Atletico Mineiro, Atletico Nacional)

“Wielki talent z Kolumbii. Urodził się w mieście Bucaramanga i od początku swojej piłkarskiej kariery gra w lokalnym klubie. Cechuje go wielka ambicja i znakomite jak na 16-latka umiejętności. Świetnie strzela z dystansu, jest szybki i ma niezłe przyśpieszenie. Po kilku latach z pewnością stanie się ostoją drugiej linii i najlepszym pomocnikiem ligi, a może nawet świata”.

Tak sympatycznego wówczas nastolatka z Kolumbii opisywano na jednym z forów Football Managera. Wirtualny świat swoje, rzeczywistość swoje… Cardenas co prawda bił rekordy strzeleckie w młodzieżowych reprezentacjach Kolumbii, ale w seniorskiej piłce niczego znaczącego nie osiągnął. Nigdy nie grał w Europie, nie zdobywał wielu bramek, ani znaczących nagród. I wiecie co? Jest jedną z najpopularniejszych postaci ligi kolumbijskiej. Jakim cudem? Ano Sherman kopał sobie spokojnie w Ekwadorze, gdy u jego 6-letniej córki zdiagnozowano raka. Postanowił wówczas wrócić do ojczyzny i zrobić wszystko by ratować jej zdrowie. Dla całego świata Cardenas jest jedynie no name’m z FMa, dla kibiców z Kolumbii symbolem walki i zaangażowania. Kolumbijczyk poprosił wówczas kibiców o wsparcie dla córki, a fani zareagowali przychodząc na mecze w… maseczkach. Sam zawodnik celebrował gole zakładając maseczkę. Pół żartem – pół serio, Kolumbijczyk wyprzedził koronawirusowy trend.

źródło: twitter/CanalTRO

Dmytro Czyhrynski, 35 lata (Szachtar, Barcelona, AEK Ateny)

Bohater jednego z najdziwniejszych transferów XXI wieku w piłce nożnej. W młodym wieku był wyróżniającą się postacią ligi ukraińskiej, wysoko oceniano jego umiejętność wyprowadzania piłki i zdolności przywódcze. Brakowało jedynie konkretów. Co prawda Ukraina z Czyhrynskim w składzie na mistrzostwach Europy U-21 w 2006 roku doszła aż do finału. Po drodze nie prezentowała się jednak nadzwyczaj wybitnie. Czy można było wierzyć że koleś z przeciętnej ligi podbije świat wielkiej piłki? Jak widać, byli tacy którzy uwierzyli. Wystarczyło że w grudniu 2008 Szachtar ograł na Camp Nou Barcelonę, a Katalończycy zamarzyli sobie sprowadzenie 22-letniego wówczas defensora.

25 milionów euro było sumą która do dzisiaj szokuje, chociaż w pierwszym (i jedynym) sezonie dla tego zespołu, statystyk nie miał najgorszych. Na hiszpańskich boiskach rozegrał bowiem 14 spotkań, z czego przegrał ledwie jedno (bilans bramek 41:14). Na szczęścia dla włodarzy Barcy, rok później udało im się odsprzedać Dmytro do Szachtara za 10 milionów mniejszą kwotę. Barcelona przepłaciła i straciła, ale chociaż udało im się uratować część środków. Co dalej z Czyhrynskim? Kontuzja za kontuzją, ani jednego sezonu w którym nie pauzowałby przez jakieś poważne problemy ze zdrowiem. Obecnie gra w lidze greckiej w barwach Ionikos Nikeas.

Czemu nie zrobił wielkiej kariery? Może po prostu nie miał aż takiego talentu jak uważano. Chłopak jednego dnia grał w lidze ukraińskiej, za chwilę miał być podstawowym obrońcą Barcelony. Zjadła go presja i ciążące nad głową negatywne emocje wobec ogromnej kwoty za transfer. Potem doszły kontuzje i było po zabawie.

Cherno Samba, 37 lat (Millwall, Cadiz, Plymouth)

Gracze Football Managera bez wątpienia kojarzą tego grajka. Jako nastolatek bił w niewiarygodnym stylu rekordy strzeleckie, zdobywając 132 gole w 32 spotkaniach dla Millwall. Liverpool bez negocjacji chciał wyłożyć za niego 2 miliony funtów, a eksperci prognozowali że zrobi wielką karierę. Mało tego, do gry w ekipie “The Reds” przekonywał go sam Michael Owen, którego rekordy wcześniej pobił Cherno. Niestety, życie realne to nie gra komputerowa, więc sam przebieg negocjacji nie przypominał tych z FMa.

“Goalmachine” miał być największą gwiazdą Anglików na mundialu w 2006 roku. I wiecie co? W całej swojej seniorskiej karierze, zdobył… 2 gole. Jeden na boiskach Championship i jeden w reprezentacji… Gambii, w towarzyskim spotkaniu z Meksykiem. Fatalny wynik dla kogoś wobec kogo były tak potężne oczekiwania i kto regularnie występował w angielskich młodzieżówkach. No cóż, wyniki w piłce juniorskiej nie muszą mieć żadnego przełożenia na karierę seniorską. Tak też było w wypadku Samby. Genialny junior i beznadziejny senior.

REKLAMA
PODOBNE
REKLAMA

MOŻE ZACIEKAWI CIĘ

99,638FaniLubię
10,660ObserwującyObserwuj
555ObserwującyObserwuj
REKLAMA