Igranie z ogniem. Everton ponownie krok od spadku

Jeszcze kilka lat temu byli wymieniani jako najmocniejsza drużyna spoza Big Six. Do każdego sezonu przystępowali z zamiarem wywalczenia miejsca w europejskich pucharach. Everton często postrzegany był jako best of the rest. Drużyna, która ma wszystko, aby przebić szklany sufit i na stałe dołączyć do czołówki. Nieodpowiednie zarządzanie doprowadziło ich jednak do tego, że kolejny sezon musieli desperacko walczyć o utrzymanie. The Toffees już drugi rok z rzędu igrają z ogniem. Trzeci raz może skończyć się katastrofą.

REKLAMA

Everton musiał oszczędzać

Poprzednią kampanię Everton zakończył na szesnastej pozycji z 39 punktami, czterema ponad strefą spadkową. Z kolei tę minioną jeszcze gorzej. Ostatnie bezpieczne miejsce i 35 „oczek”, tylko dwa więcej niż osiemnaste Leicester. Gdyby nie wymęczone zwycięstwo w ostatniej kolejce z niegrającym już o nic Bournemouth (1:0) The Toffees pożegnaliby się z elitą. Biorąc pod uwagę obecną sytuację finansową klubu spadek do Championship mógłby być gwoździem do trumny, po którym ciężko byłoby im się podnieść. Polityka transferowa prowadzona przez Everton w ostatnich latach doprowadziła do tego, że minionego lata — również ze względu na Finansowe Fair Play – musieli mocno zaciskać pasa.

Co prawda, The Toffees w lecie wydali na transfery prawie 80 milionów euro, jednak znaczna część tych wzmocnień była możliwa dzięki sprzedaży do Tottenhamu Richarlisona za 58 milionów euro. Ponadto pożegnano się z Allanem czy Cenkiem Tosunem, którzy zarabiali sporo, a Frank Lampard nie wiązał z nimi przyszłości. Everton starał się wzmacniać jak najniższym kosztem. W tym celu bez kwoty odstępnego zakontraktował Jamesa Tarkowskiego oraz wypożyczył Conora Coady’ego, którzy mieli stworzyć nowy duet stoperów. Ponadto do klubu trafili Amadou Onana, Neal Maupay, James Garner i Idrissa Gueye. Jak na tak ograniczony budżet, okienko można było uznać za całkiem udane.

Nieudany pobyt Franka Lamparda

Jednak problemy finansowe i odejście Richarlisona szybko zaczęły mieć wpływ także na boisku. Przed sezonem Everton przez wielu ekspertów typowany był jako jeden z kandydatów do spadku, dlatego też nie było w tym nic dziwnego. Co prawda, po porażkach w dwóch pierwszych kolejkach, podopieczni Lamparda nie przegrali kolejnych sześciu meczów. Na początku października znajdowali się na jedenastym miejscu i wydawało się, że tym razem unikną walki o pozostanie w elicie. Jednak później wszystko się posypało.

Z następnych 14 meczów we wszystkich rozgrywkach Everton wygrał tylko jeden. Na przerwę spowodowaną mistrzostwami świata The Toffees udawali się po dwóch bolesnych porażkach z Bournemouth — najpierw 1:4 w Carabao Cup, a potem 0:3 w lidze. Everton znajdował się wówczas na siedemnastej pozycji, mając jeden punkt przewagi nad strefą spadkową. Mimo to, włodarze klubu nie zdecydowali się na zmianę trenera, cały czas ufając Lampardowi. Jednak, gdy po mundialu zespół zdobył tylko jeden punkt w pięciu meczach i wylądował na ostatnim miejscu w tabeli oraz odpadł z FA Cup, Anglik został zwolniony.

Lampard pracował na Goodison Park przez rok, jednak przez ten czas nie był w stanie zbudować zespołu według własnej filozofii. 44-latek chciał, aby jego drużyna grała proaktywnie, często posiadała piłkę i rozgrywała akcje od tyłu krótkimi podaniami. Mimo to, najlepsze wyniki osiągała wtedy, gdy grała reaktywnie. Najlepszy okres za jego kadencji przypadł na końcówkę poprzedniego sezonu, kiedy Everton bił się o utrzymanie i styl gry schodził na dalszy plan. Kiedy The Toffees oddawali piłkę przeciwnikowi i nastawiali się głównie na przeszkadzanie oraz wyprowadzanie szybkich kontrataków, wówczas osiągali najlepsze wyniki. Czyli w dokładnie odwrotny sposób niż oczekiwał ich trener.

Everton trafił z wyborem nowego trenera

Skoro piłkarze Evertonu najlepiej czuli się w grze bezpośredniej, działacze zatrudnili właśnie tego typu trenera. Stery na Goodison Park objął Sean Dyche, którego Burnely kojarzone było z dobrze zorganizowaną defensywą i długimi podaniami. Efekty roszady na ławce trenerskiej widoczne były już w pierwszym meczu. The Toffees pokonali ówczesnego lidera Arsenal 1:0, a w ich grze wreszcie widać było zaangażowanie i determinację, których pod koniec kadencji Lamparda brakowało. Niemniej jednak pierwsze spotkanie było tym najlepszym pod wodzą 51-letniego szkoleniowca. Z kolejnych 17 jego ekipa wygrała zaledwie trzy, co jednak wystarczyło do utrzymania w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Mimo wszystko, deprecjonowanie pracy, jaką wykonał Sean Dyche trochę mija się z celem. Anglik przychodził do klubu już po zamknięciu okienka transferowego. Ponadto zimą zespół opuścił Anthony Gordon, jeden z najlepszych piłkarzy The Toffees pierwszej połowy minionej kampanii. Mimo że 45 milionów euro, jakie zaoferowało Newcastle, ciężko było odrzucić, to jednak The Toffees nie sprowadzili jego następcy. Podczas gdy inne kluby walczące o utrzymanie znacząco się wzmacniały, Everton nie dokonał żadnych transferów przychodzących. Dyche o utrzymanie musiał walczyć z tymi samymi piłkarzami, których zastał już w klubie. A, jako że przez większą część sezonu z powodu kontuzji niedostępny był Dominic Calert-Lewin nowy trener nie miał w zespole napastnika pod swój styl gry — dobrze grającego w powietrzu i potrafiącego utrzymać się przy piłce.

Inne oblicze Dyche’a

Zresztą brak klasycznej „dziewiątki” odbił się również na skuteczności całego zespołu. Everton zdobył 14-15 goli mniej niż wskazuje na to model xG (goli oczekiwanych), co jest najgorszym wynikiem w całej lidze. Mniej bramek niż The Toffees zdobyło tylko Wolves, podczas gdy niższy współczynnik xG w obecnym sezonie zanotowało aż siedem drużyn. Co ciekawe — wbrew powszechnej opinii — Dyche największy wpływ wywarł właśnie na grę zespołu w ofensywie. Średnia strzelanych bramek na mecz wzrosła z 0,75 do 1,06. Z kolei xG na spotkanie, które pokazuje, do jak dobrych okazji dochodzi dany zespół z 1,01 do 1,58. Za kadencji nowego menadżera mecze The Toffees stały się bardziej otwarte, co widoczne jest także w statystykach defensywnych. Średnia straconych bramek na mecz wzrosła z 1,4 do 1,61, a xGC (oczekiwane gole tracone) z 1,75 do 1,86.

Najważniejsze jednak, że za kadencji Dyche’a zespół punktował o wiele lepiej (średnia na mecz wzrosła z 0,75 do 1,17), co ostatecznie doprowadziło do utrzymania. Potwierdzają to również punkty oczekiwane wyliczane na bazie modelu xG (1,28 na mecz pod wodzą Dyche’a przy 0,88 Lamparda). Zatrudnienie byłego menadżera Burnley okazało się strzałem w dziesiątkę i być może uratowało klub przed spadkiem do Championship. Mimo, że w trakcie kadencji Dyche’a nie wszystko funkcjonowało perfekcyjnie, to Everton wreszcie odzyskał tożsamość. The Toffees przypominają drużynę, a nie zlepek indywidualności. A to pierwszy krok do tego, żeby w następnym sezonie uniknąć kolejnej walki o pozostanie w Premier League.

SPRAWDŹ TAKŻE
Więcej
    REKLAMA
    107,652FaniLubię

    MOŻE ZACIEKAWI CIĘ