Demolka Rumunów i hat-trick Lewandowskiego! Polska z pierwszym zwycięstwem w Lidze Narodów

W piątkowy wieczór na Stadionie Narodowym doszło do spotkania Ligi Narodów pomiędzy dwiema ostatnimi drużynami grupy B. Obie przed meczem wciąż nie odniosły zwycięstwa. Dlatego zarówno dla Polski i dla Rumunii charakter meczu miał miano tego, który trzeba wygrać, jeśli obie reprezentacje wciąż realnie myślą o walce o awans. Po pierwszym w historii spadku z dywizji A w poprzedniej edycji oczekiwano, że Polska powalczy o natychmiastowy powrót do najwyższej dywizji, ale jej początek obecnej kampanii był rozczarowujący. Dodatkowo brak awansu na letni mundial z pewnością stawiał pozycję selekcjonera Jana Urbana pod znakiem zapytania. Powrót do Warszawy wydawał się na pierwszy rzut oka idealnym lekarstwem na słabą formę w Lidze Narodów. Zespół Urbana nie przegrał w stolicy Polski od listopada 2024 roku, ale za to ani razu nie wygrał w Warszawie meczu Ligi Narodów. Szansa na przełamanie wydawała się tą z gatunku idealnych. Rumunia rozpoczęła rywalizację w tej grupie jeszcze gorzej niż Polska, przegrywając dwa pierwsze mecze, a w ostatnim spotkaniu uległa Bośni i Hercegowinie 1:2.

Szczęście w nieszczęściu

Trzeba sobie jasno powiedzieć, że nie zaczęliśmy tego meczu, jakbyśmy walczyli o życie i przyszłość Jana Urbana. Brakowało nam pomysłu, przebojowości. Dominował marazm, pragmatyzm i taka byle jakość. Rumuni mieli plan na to spotkanie. Przede wszystkim podopieczni Gheorghe Hagiego próbowali swoich sił w środku pola. Nie kwapili się do ciągłego trzymania piłki, którego wiedzieli, że nie będą w stanie sobie zapewnić. Zamiast tego starali się przedostać pod bramkę Marcina Bułki kilkoma szybkimi podaniami pomiędzy liniami. Poza tym wiedzieli, że oddając nam piłkę, będą mogli liczyć na przeprowadzanie groźnych kontrataków. To pierwsze rozwiązanie funkcjonowało nieco lepiej, co sprawiło, że do 20 minuty przyjezdni oddali trzy celne strzały. Polacy na tle Rumunów wcale nie wyglądali lepiej, a już na pewno nie na tych, co są faworytami tej rywalizacji.

Wszystko się zmieniło w 22 minucie. Znakomitym, długim podaniem do Roberta Lewandowskiego popisał się Sebastian Szymański. Napastnik sprytnym zwodem ograł Radu Dragusina, który nie dość, że faulował naszego snajpera, to za faul wyleciał z boiska. Co do samego faulu i ostatecznej decyzji sędziego można mieć sporo wątpliwości, lecz to już niech każdy oceni sam. W każdym razie Robert Lewandowski w 24. minucie wykorzystał „jedenastkę“„” i Polacy wyszli na prowadzenie. Lewy strzelił swojego 90 gola w 170. spotkaniu w barwach reprezentacji Polski. Jednak żeby nie było za kolorowo, to polski snajper pod koniec pierwszej części spotkania obejrzał żółtą kartką. Tym samym wyeliminował się z meczu z Bośnią i Hercegowiną.

Po tym golu ze zrozumiałych względów postawa Rumunów już nie była taka sama. Głównie bronili dostępu do własnej bramki. Polacy zaczęli grać odważniej i bardziej pomysłowo. Do 20. minuty nasza gra opierała się na liczeniu na indywidualne akcje Nicoli Zalewskiego, któremu najczęściej podawał Piotr Zieliński. Nieźle wyglądał Przemysław Frankowski, a bardzo dobrze Wiktor Nowak. Reszta była tak naprawdę tłem i mało znaczącym ogniwem. Gdyby nie interwencje Marcina Bułki to nie byłoby za wesoło. A tak prowadziliśmy 1:0 i mieliśmy jednego zawodnika na boisku więcej. Jednak mimo gry w przewadze nie było zbytnio czuć, że Polska ma ten mecz pod kontrolą. Rumuni próbowali i było pewne, że się nie poddadzą.

Lepiej się zacząć nie dało

Nie ma lepszego sposobu na zabicie zapędów rywala niż strzelanie mu goli. A tym bardziej na samym starcie drugiej części spotkania. Polacy brylowali na lewej stronie. Przede wszystkim po raz kolejny swoją jakość piłkarską pokazywał Nicola Zalewski. To po jego podaniu w 47. minucie swojego drugie trafienie w tym spotkaniu zanotował Robert Lewandowski. Dwie minuty później znowu świetna akcja piłkarza Atalanty Bergamo i podanie do Przemysława Frankowskiego. Trafienie jednak zostało zaliczone jako samobójcze, a jego autorem był Virgil Ghita.

Chwila spokoju i w 62. minucie znowu zanotowaliśmy trafienie. Tym razem swoją genialną techniką i elegancją popisał się Piotr Zieliński. Pomocnik Interu znakomicie wykorzystał błąd obrony reprezentacji Rumunii. 4 minuty później dośrodkowanie Sebastiana Szymańskiego z rzutu rożnego, strzałem głową na gola zamienił Jan Bednarek. Było to drugie trafienie z orzełkiem na piersi środkowego obrońcy. Pierwsze zanotował ponad osiem lat temu w meczu z Japonią podczas mistrzostw świata. Zwieńczeniem całego spotkania i taką kropką nad „i” był hat-trick Roberta Lewandowskiego w 86. minucie. Idealna puenta tego starcia. 6:0 to drugie najwyższe zwycięstwo na Stadionie Narodowym reprezentacji Polski. Lepiej było tylko z Gibraltarem za kadencji Adama Nawałki.

Urządziliśmy sobie goleadę i mogliśmy przeprowadzać spokojne zmiany i już myśleć o meczu z Bośnią i Hercegowiną. Znalazł się czas na debiut Marcela Reguły, czy też wejście Oskara Pietuszewskiego. Przełamanie i zbudowanie pewności siebie na słabym rywalu zawsze mile widziane. Jednak pamiętajmy, że przeciwnik grał w osłabieniu, a do 20. minuty wyglądał na naszym tle co najmniej nieźle. Jednak im dalej w las, to Rumunia wyglądała jak chłopcy do bicia. Z taką grą nie mają co marzyć o pozostaniu w dywizji B. Polska ma swoje problemy, ale jeszcze nie jest aż tak słaba, jak dzisiejszy jej rywal. A Jan Urban takim meczem kupił sobie czas i chyba do końca roku może spać spokojnie.

Polska – Rumunia 6:0 (Lewandowski (k.) 24′, 47′, 86′ Ghita (sam.) 49′, Zieliński 62′, Bednarek 66′)

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img