Górnik Zabrze po paździerzu w Lublinie musiał wynagrodzić trochę swoim kibicom. Szansa była przednia – na Śląsk przyjeżdżał Raków Częstochowa. Tak pewnego zwycięstwa podopiecznych Michala Gasparika jednak trudno było się spodziewać. Żabole wykorzystały sprzyjające okoliczności, jakimi były poważne błędy w defensywie i podłączyły się do walki o tytuł.
Ostatni okres w wykonaniu Zabrzan był daleki od idealnego. Po świetnej jesieni przyszedł kryzys, z którego trudno było im wyjść. Kolejne mecze przynosiły rozczarowania, a brak regularnego punktowania spowodował osunięcie się w tabeli. Ostatnio jednak wygrana w Pucharze Polski z Lechem Poznań (1:0) pokazała, że nie wszystko jeszcze stracone. Przy Roosevelta Górnik pokazał, że w grze o trofeum dalej się liczy.
Raków Częstochowa rozpoczął ten mecz z animuszem, gdyż chciał pokazać, że to on będzie rządził i dzielił na murawie. Małe rotacje pomiędzy meczami z włoską Fiorentiną nie zapowiadały wielkiego odchyłu od solidnej formy. Górnik jednak był bezlitosny, jeśli chodzi o wykorzystywanie okazji. W 23. minucie Lukas Sadilek miał ogromne połacie terenu do zagospodarowania i wybrał najprostszy sposób – luta z dystansu. Oliwiera Zycha zmylił jeszcze Stratos Svarnas, a Czech mógł biec w kierunku chorągiewki i dać upust swojej radości.
Błędy w ekspediowaniu piłki nie były jednak wierzchołkiem, gdyż nieumiejętność asekuracji i doskoku Częstochowianie zaprezentowali przed przerwą. Zabrzanie z łatwością wymienili piłkę na lewej stronie boiska, aż przed Lukasem Ambrosem stworzył się istny czerwony dywan. Pomocnik Górnika obrał więc prostą drogę i niepokojony przez żadnego z rywali – Marko Bulat spieszył się powoli, Zoran Arsenić nie chciał przeszkadzać – posłał precyzyjny strzał w dolny róg.
Raków niewiele zrobił, aby wygrać
W ogromne tarapaty wpadli więc przyjezdni. Dwa celne ciosy obnażyły słabą postawę linii obrony, a przed przerwą mogło być po meczu. Znów z łatwością zawodnik gospodarzy – tym razem Sondre Liseth – stworzył sobie sytuację bramkową, lecz Zycha uratowała poprzeczka.
Marnie wyglądał Raków, więc trener Tomczyk musiał działać. Aby ratować wynik, z ławki podnieśli się wszyscy, którzy mogli odwrócić losy meczu. Poczwórna zmiana tuż po powrocie do gry miała dać sygnał, że drużyna nie odpuszcza. Gra jednak dalej się nie kleiła, a Górnik bardzo dobrze zarządzał meczem. Nie było rwania się do wyprowadzania kolejnych ciosów, lecz cofnięcia się pod własną bramkę także nie oglądaliśmy. Podopieczni Michala Gasparika skupili się na wybijaniu rywali z rytmu i zabieraniu możliwości do rozpędzenia się.
Nawet duet Jonatan Braut Brunes/Patryk Makuch nie dawał rady wypełniającej swoje zadania defensywie Górnika. Długo na boisku nic się nie działo, ale jedno wbiegnięcie Karola Struskiego spowodowało, że Michael Ameyaw strzałem z bliska był w stanie dać kontakt i podłączyć swoją drużynę do walki o punkty.
Zabrzanie powiedzieli jednak „basta” i zabrali Rakowowi zabawki. Sadilek w końcówce meczu klinicznym wykończeniem ustalił wynik na 3:1 i zapewnił sobie oraz kolegom spokojny wieczór. Znów Czech miał bardzo dużo miejsca, a Zych mógł tylko śledzić piłkę wzrokiem.
Nawet błyskawiczny as kier Lukasa Podolskiego, który po raz kolejny pokazał, że mentalnie mógłby sobie już dać spokój z piłką nożną, nie zaburzył atmosfery świętowania.
W tabeli Górnik Zabrze już nad Rakowem Częstochowa. 38 punktów daje 4. miejsce i zaledwie trzy oczka straty do liderującego Zagłębia Lubin. Zabrzanie chyba nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.
