Grający w kratkę Widzew Łódź podejmował w ostatnim meczu 6. kolejki Ekstraklasy aktualnego mistrza Polski – Lecha Poznań. Aleksandar Vuković chciałby sprawić by jego zespół zaczął wygrywać regularnie i prezentować się godnie jak na możliwości zespołu, którym dysponuje. Jednak zadanie w niedzielny wieczór miał bardzo trudne. Lechici przyjechali do Łodzi uskrzydleni pierwszym od sześciu lat awansem do rozgrywek Ligi Europy. Poza tym mistrzowie Polski w tym sezonie nie zaznali jeszcze porażki na ligowym podwórku, dlatego faworytem przed meczem dość znacznym byli podopieczni Nielsa Frederiksena.
Intensywność i otwarte granie z obu stron
Od samego początku spotkania było widać, że to będzie bardzo otwarte i okraszone dużą intensywnością starcie. Do dobrej drużyny z Łodzi przyjechała bardzo dobra z Poznania. To goście zaczęli strzelanie w niedzielny wieczór. Składną akcję Kolejorza w 6. minucie na gola zamienił Antoni Kozubal. Lech grał bardzo spokojnie, nie zamierzał zatrzymywać się, a także nie miał zamiaru się cofać. Grał tak samo odważnie jak zawsze, co Widzewowi pasowało. Gospodarze również tworzyli ciekawe sytuacje, a największe zagrożenie rywalom sprawiała lewa strona. Mariusz Fornalczyk i Mario Garcia robili niemałe zamieszanie dookoła siebie, lecz do pewnego momentu Lechici sobie z tym wszystkim radzili.
W 22. minucie kolejna akcja gości i drugi gol. Tym razem na listę strzelców wpisał się Allahyar Sayyadmanesh. Mistrzowie Polski i świeżo upieczeni uczestnicy Ligi Europy mieli wszystko w swoich rękach by dalej dominować i kontrolować przebieg spotkania. Jednak piłkarze Nielsa Frederiksena nie byliby sobą, gdyby sami nie narobili sobie problemów. Joel Pereira popełnił błąd, który wykorzystał duet Fornalczyk-Świderski. To ten drugi w 27. minucie strzelił swojego pierwszego gola w barwach Widzewa Łódź. Widzew przyjął dwa dość szybkie ciosy, lecz mimo to był w stanie odpowiedzieć i złapać kontakt. W Sercu Łodzi w pierwszej połowie niedzielnego wieczoru działo się bardzo wiele. Interwencje bramkarzy, strzały z dystansu, różnego rodzaju dośrodkowania czy indywidualne akcje. Czuć było jakość i potencjał z obu stron. Takie 45 minut to w pewnym sensie wizytówka Ekstraklasy i dowód na to, że nasza polska liga poszła do przodu.
Próba zdominowania rywala i strzelenia decydującego gola
Tempo na samym stracie drugiej części spotkania nie zamierzało zbytnio zwalniać. Widzewiacy dalej chcieli grać z Lechem w otwarte karty, szukając jednocześnie swoich okazji. Taką gospodarze dostali w 53. minucie. Zagapiła się po raz kolejny prawa strona obrony Lecha Poznań. Joel Pereira, Wojciech Mońka a na samym końcu Mateusz Lis nie zachowali się najlepiej. Wykorzystał to wszystko Mariusz Fornalczyk. Mecz tak naprawdę zaczynał się od nowa. Widzew odrobił straty i po raz kolejny pokazał niemałą wolę walki oraz widzewski charakter.
Po tym wyrównującym trafieniu Mariusza Fornalczyka czuć było, że obie drużyny czekają na swoje szanse by strzelić najprawdopodobniej decydującego gola, dającego zwycięstwo. Tempo meczu siadło, tak jakby gospodarze dali z siebie wszystko by wyrównać stan meczu. Goście też jakoś przesadnie nie kwapili się do kolejnych zdobyczy bramkowych.
Gdy wydawało się, że do końca meczu w Łodzi kibice goli już nie ujrzą, to w 96. minucie pojawił się Luis Palma. Honduranin wykorzystał gapiostwo Bartłomieja Drągowskiego i dał zwycięstwo Lechowi. Widzew miał remis na wyciągnięcie ręki. Jednak jak to ostatnio w tym zespole zawsze coś musi pójść nie tak. Tym razem „popisał” się swoimi umiejętnościami bramkarskimi Bartłomiej Drągowski. Po raz kolejny zespół Aleksandara Vukovicia zostaje tak naprawdę z niczym. Dobra gra to nie wszystko. Na razie wyników zbyt przekonujących nie ma. Lech wyciągnął z tego meczu maksimum. W końcówce uśmiechnęło się do mistrzów Polski szczęście, na które niekoniecznie zapracował. Kolejorz wygrywa po raz pierwszy w Sercu Łodzi od marca 2023 roku.



