Warta Poznań nie zainaugurowała rozgrywek II ligi tak, jak by chciała. Choć grała z o wiele niżej notowanym ŁKS-em II Łodź (17. miejsce w tabeli), to zaledwie zremisowała z nim 2:2 – mimo że podejmowała go u siebie w Ogródku. Jakie wnioski może wyciągnąć pretendent do awansu do I ligi z Poznania?
Pierwszemu spotkaniu Warty towarzyszą sprzeczne odczucia. To nie był w jej wykonaniu tak słaby występ, żeby wieszać na niej psy. To nie był też na tyle dobry występ, aby czuć satysfakcję. Natomiast tak to chyba wygląda prawie u wszystkich na początku każdej rundy – wejście w zmagania ligowe pozostawia pewien niedosyt i rezerwę, które pokazują, że nie można osiąść na laurach.
Szczelna defensywa się rozszczelniła
Warciarze jesienią imponowali tym, jak zabezpieczali swoje pole karne. Byli w tym aspekcie jedną z najlepszych drużyn II Ligi. Pod względem najmniejszej liczby straconych bramek zajmowali trzecie miejsce z 21 golami, przed którymi nie zdołali się uchronić. Lepiej prezentowały się pod tym względem tylko zespoły Unii Skierniewice oraz Podhala Nowy Targ. Trzeba przy tym zaznaczyć, że podopieczni trenera Macieja Tokarczyka nie należeli do tych okopujących się na własnej połowie drużyn, lecz stawiając na wysoki, agresywny pressing, bronili się na całym boisku.
Przy tak intensywnym stylu gry trzeba być we właściwej formie fizycznej. Zielonym brakowało tego w meczu z rezerwami ŁKS-u. Zwracał na to uwagę lewy wahadłowy i autor bramki wyrównującej, Marcel Stefaniak. Zauważył, że w okresie przygotowawczym on i jego koledzy trenowali głównie na sztucznej nawierzchni. To mogło przełożyć się na pewne problemy w pierwszym ligowym starciu 2026 roku (choć liga wystartowała ponad tydzień temu, to większość spotkań zostało przełożonych przez niedogodne warunki atmosferyczne).
Łodzianie skrzętnie wykorzystali jednak dwukrotnie jeden typ popełnianego przez Wartę błędu – gubienia krycia w polu karnym. Zarówno Lenard Szczygieł, jak i Alan Siwek dostali zbyt wiele miejsca, co pozwoliło im na stosunkowo spokojne wykończenie akcji. W końcówce obrońcy gospodarzy podobnie z radarów stracili Lamine’a Coulibaly’ego. Ten na ich szczęście nie wykorzystał szansy na ponowne objęcie prowadzenia przez Rycerzy Wiosny.
Umiejętne dostosowywanie się do warunków
Z kolei tym, co działało w grze zawodników z zielonej części Poznania, była reakcja na dane fazy meczu. Po trudnym początku, pełnym rwanej gry, charakteryzującym się wysokim podejściem zawodników z Łodzi oraz mnogością bronionych stałych fragmentów gry Warta potrafiła się otrząsnąć i odpowiadać szybkimi akcjami, a także przechodzić do ataku pozycyjnego.
Co ważniejsze, po stracie bramki na 0:1, Zieloni byli w stanie odpowiedzieć rywalom w najlepszy możliwy sposób, czyli dwoma trafieniami. W okresie od gola Szczygła do przerwy prezentowali się najlepiej w ciągu całej rywalizacji. Zgadzała się kontrola gry z piłką przy nodze, liczba wykreowanych sytuacji i ograniczanie możliwości rywala w fazach przejściowych do obrony.
A w drugiej części gry podopieczni trenera Tokarczyka dominowali przez pierwsze 20-25 minut. Defensorzy kasowali większość prób ŁKS-u, udawało się też zduszać rywala na jego własnej połowie. Bramka na 3:1 wydawałaby się logicznym następstwem poczynań gospodarzy – zabrakło jedynie (albo aż) skuteczności.
Kamyczkiem do, nomen omen, ogródka jest właściwie ostatni kwadrans, w którym Poznaniacy dali sobie strzelić bramkę wyrównującą i zostali zdominowani przez gości. Nie mieli już żadnych argumentów do końca starcia. To chyba w tym momencie najbardziej odcisnęły na nich ślad problemy fizyczne, o których wspominał Stefaniak. Jednocześnie można dywagować nad tym, na ile sprawdziły się przeprowadzone zmiany, które na dłuższą metę nie pomogły utrzymać Warcie tempa.
