REKLAMA

Chaos i brak organizacji. Gdzie leżą główne problemy Leicester?

Jeszcze niedawno regularnie walczyli o TOP4, a w 2021 roku sięgnęli po Puchar Anglii. Pomału z Big Six robiliśmy już Big Seven, bo Leicester na stałe chciało zagościć w czołówce. Jednak przez ostatni rok nie wszystko poszło tak, jak na King Power Stadium oczekiwali. Po siedmiu kolejkach obecnego sezonu Lisy mają na koncie jeden punkt i są czerwoną latarnią ligi. Brendan Rodgers zdaje się nie mieć pomysłu jak podnieść zespół, a drużyna od dłuższego czasu wygląda na wypaloną.

Leicester najgorszą defensywą w historii

Jeszcze nikt w erze Premier League na tym etapie sezonu nie bronił tak słabo, jak robi to obecnie Leicester. Zespół Rodgersa w siedmiu meczach stracił 22 gole, co daje średnio 3,14 na mecz. Tym samym pobił on “rekord” Boltonu z sezonu 2011/12, który w pierwszych siedmiu kolejkach stracił 21 bramek. Lisy nie zachowały jeszcze ani jednego czystego konta, a w dwóch poprzednich spotkaniach przyjęły kolejno pięć goli od Brighton i sześć od Tottenhamu. Co prawda, według modelu goli oczekiwanych (xG) Leicester “powinno” stracić 9-10 goli mniej, jednak to i tak nie wystawia im najlepszego świadectwa.

Pod względem oczekiwanych goli traconych (xGC) na mecz gorsi od Leicester (1,82) są jedynie trzej beniaminkowie oraz Crystal Palace. Co ciekawe, Lisy nie wypadają najgorzej również w liczbie dopuszczanych strzałów na swoją bramkę (12,86 na mecz; 10. miejsce) i celnych uderzeń (5,14; 5. miejsce). W dłuższym okresie czasu pewnie zacznie się równanie do średniej i Leicester nie będzie traciło aż tylu goli. Niemniej jednak, wciąż jest to jedna z najgorszych defensyw w całej lidze. Lisy są fatalnie zorganizowane i popełniają mnóstwo prostych błędów. Najlepsze przykłady to bramka Rodrigo Bentancura na 3:2 w sobotnim meczu z Tottenhamem, kiedy Wilfred Ndidi w zupełnie niegroźnej sytuacji stracił piłkę w niebezpiecznej strefie czy gol Moisesa Caicedo na 2:1 po prostej stracie Jamesa Maddisona w środku pola w rywalizacji z Brighton.

Niepewny bramkarz i stałe fragmenty gry

Jednym z powodów dlaczego Leicester traci o wiele więcej goli niż to wynika ze współczynnika xG jest słaba dyspozycja bramkarza. W letnim oknie transferowym z klubu odszedł Kasper Schmeichel. Ze względu na problemy finansowe w miejsce Duńczyka nie sprowadzono nikogo, a w jego buty miał wejść Danny Ward. Co prawda, Walijczyk jest podstawowym golkiperem w swojej reprezentacji, to przed sezonem miał na koncie jedynie trzy występy w Premier League. Pomimo, że w ostatnim sezonie Schmeichel nie gwarantował już takiej pewności między słupkami, co w poprzednich latach, to jego zastępca spisuje się o wiele gorzej.

Według modelu Post-Shot Expected Goals, który określa ile goli “powinien” stracić bramkarz Ward jest najgorszy w całej lidze. Walijczyk traci średnio jedną bramkę na mecz więcej niż wskazuje na to wspomniana statystyka. Dla porównania drugi najgorszy pod tym względem Gavin Bazunu z Southampton traci 0,5 gola na mecz więcej niż “powinien”. Ponadto golkiper Leicester bardzo słabo rozgrywa piłkę, co ułatwia przeciwnikom skuteczne zakładanie wysokiego pressingu. Celność długich podań Warda wynosi tylko 32,9%, co klasyfikuje go w 9% najgorszych bramkarzy w pięciu czołowych ligach europejskich. Dla porównania w przypadku Schmeichela wynosi ona 44% (wyższa niż 67% bramkarzy).

Mimo wszystko, słaba dyspozycja bramkarza to niejedyny powód dlaczego Leicester traci aż tyle goli. Leicester – wraz z Fulham i Brighton – popełniło najwięcej błędów prowadzących bezpośrednio do strzału (3). Kolejnym aspektem jest obrona stałych fragmentów gry. Od początku poprzedniego sezonu ekipa Rodgersa straciła aż 17 goli po rzutach rożnych, najwięcej ze wszystkich drużyn. W ostatnim meczu z Tottenhamem dali sobie strzelić w ten sposób dwie pierwsze bramki, wyrównującą i dającą prowadzenie Kogutom. W pierwszej połowie Spurs tworzyli zagrożenie praktycznie tylko po stałych fragmentach gry i każdy z nich pachniał golem. Z sześciu strzałów na bramkę Lisów przed przerwą aż trzy padły po dośrodkowaniach ze stojącej piłki.

Leicester bazuje na indywidualnościach w ofensywie

Na pierwszy rzut oka promyczkiem nadziei na lepsze jutro może być gra ofensywna Leicester. W meczu z Tottenhamem podopieczni Rodgersa oddali aż 19 strzałów (przy 16 Tottenhamu) i było to czwarte starcie, w którym częściej uderzali na bramkę niż ich rywal. Niemniej jednak, Leicester oddaje trzecią najmniejszą liczbę strzałów na spotkanie (11) i ósmą najmniejszą celnych (3,57). Ponadto ich wskaźnik xG na mecz wynosi tylko 0,95 i jest trzeci najniższy w lidze. Według tego modelu powinni oni strzelić 3-4 gole mniej niż w rzeczywistości. Leicester nie kreuje wielu sytuacji, a ich gole w większości biorą się z indywidualnych błysków poszczególnych piłkarzy.

Od początku sezonu Rodgers nie może znaleźć optymalnego zestawienia nie tylko linii obrony, ale również w ataku. W ostatnich dwóch meczach na ławce usiadł będący w słabej formie Jamie Vardy. W tym czasie trener Lisów dawał szanse Patsonowi Dace oraz Kelechiemu Iheanacho. Ponadto James Maddison notorycznie rzucany jest z prawego skrzydła do środka pomocy i z powrotem. Mimo to, forma Anglika jest jedynym pozytywem tego fatalnego startu sezonu. Maddison zdobył trzy bramki, zaliczył jedną asystę i miał udział w 40% wszystkich goli zespołu.

Czy dalsza współpraca ma sens?

Bronić Rodgersa obecnie może tak naprawdę jedynie terminarz. Leicester w pierwszych siedmiu kolejkach mierzyło się z czterema zespołami z Big Six – Arsenalem, Chelsea, Manchesterem United i Tottenhamem oraz rewelacją obecnych rozgrywek – Brighton. Niemniej jednak, w kwestii organizacji gry Lisy na dzisiaj są jedną z najgorszych (o ile nie najgorszą) drużyn w lidze. Zespół wygląda na wypalony, a trener zdaje się nie mieć pomysłu jak temu zaradzić. Perspektywa walki o utrzymanie na King Power Stadium coraz mocniej zagląda w oczy.

Przerwa reprezentacyjna to teoretycznie najlepszy moment na zwolnienie szkoleniowca. Sam Rodgers wydaje się namawiać do tego właścicieli, jednak ci – ze względu na długość kontraktu i kłopoty finansowe – nie są do tego chętni. Umowa Rogdersa obowiązuje do końca sezonu 2024/25, co oznacza, że w przypadku zwolnienia do tego czasu będzie trzeba wypłacać mu pensję. Właściciele znaleźli się w niezwykle trudnej sytuacji, jednak im szybciej podejmą decyzję, tym lepiej. Potencjał kadrowy Leicester powinien zagwarantować spokojne utrzymanie, a Rodgers już w niejednym klubie pokazał, że zna się na swoim fachu. Rozstanie powinno posłużyć obu stronom. Razem doszli już do ściany i pewnego pułapu mogą po prostu nie przeskoczyć.

REKLAMA
REKLAMA
PODOBNE
REKLAMA

MOŻE ZACIEKAWI CIĘ

94,337FaniLubię
10,697ObserwującyObserwuj
539ObserwującyObserwuj
REKLAMA