Jagiellonia Białystok rozpoczęła bój o swoją pierwszą w historii grę w Lidze Europy od meczu z gruzińską Iberią Tbilisi. Podopieczni Adriana Siemieńca są w tym dwumeczu zdecydowanym faworytem, czego jednak nie było widać od pierwszego gwizdka sędziego tego spotkania. Gruzini nie zamierzali sprzedać tanio skóry.
Bardzo nerwowy i ciężki początek
Widać było od samego początku spotkania, że w szeregach białostockiego zespołu panowały niemałe nerwy. Podopieczni Adriana Siemieńca od pierwszej minuty niemal nie wychodzili z własnego pola karnego. Goście ruszyli jak wściekłe psy na swoich przeciwników, ewidentnie pokazując, że już nie mają nic do stracenia. Gruzini jak najbardziej cieszą się już tym, że zagrają co najmniej w Lidze Konferencji, a dwumecz z polskim zespołem jest w pewnym sensie dla tego klubu bonusem i okazją do pokazania się szerszej publiczności.
Gospodarze wyszli na ciężkich nogach i w pierwszym kwadransie zdecydowanie oddali pole gry. Brylował Sławomir Abramowicz, a obrona miała pełne ręce roboty. Jagiellonię jedyne, na co było stać to szybkie kontrataki, lecz nie były one specjalnie groźne. Z czasem jednak goście zaczęli słabnąć. Tak jakby te pierwsze minuty to był ich maks. Nie rozłożyli dobrze swoich sił, z czego z minuty na minutę zaczynała korzystać ekipa białostocka.
Dużo dzisiaj się działo po prawej stronie Jagiellonii Białystok. Z minuty na minutę coraz bardziej się rozkręcał Jeremy Agbonifo. Szwed robił dookoła siebie niemały szum, z którym nie potrafili sobie poradzić obrońcy gruzińskiej ekipy. Skrzydłowy wywalczył dla swojej drużyny rzut karny, który za drugim podejściem w 34. minucie wykorzystał Jesus Imaz. Chwalony Jeremy Agbonifo nie zamierzał się zatrzymywać i postanowił się dołożyć coś więcej od siebie. Do wywalczonego rzutu karnego dołożył trafienie, po którym sędzia zakończył pierwszą część spotkania. Szwedzki skrzydłowy został tym samym bohaterem tejże części meczu, pokazując tym samym drzemiący w nim niemały potencjał.
Kontrola i zamknięcie spotkania?
Druga część meczu zaczęła się niemal identycznie co pierwsza. Gruzini ponownie ruszyli ze wszystkim co mieli, lecz cała ofensywa była mniej groźna od tej poprzedniej. Trwało to niespełna kilka minut. Padła nawet bramka, lecz z powodu faulu nie została ona uznana. Po tym werdykcie już definitywnie uszło powietrze z gości, co jak najbardziej pasowało polskiemu zespołowi. Ekipa Adriana Siemieńca ponownie w europejskich pucharach źle wchodzi w poszczególną część spotkania. Jednak potrafi sobie z tym dość nieźle radzić i na chwilowy kryzys odpowiadać konkretami, a mianowicie golami. Taki padł w 62. minucie. Gola samobójczego strzelił po dośrodkowaniu z rzutu wolnego Guilherme Montoi strzelił Nigeryjczyk – Ibrahim Alhassan.
Po tej bramce tempo spotkania ewidentnie spadło. Gospodarze wrzucili niższy bieg, a gruzińska ekipa nie bardzo wiedziała, jak temu zaradzić. Goście nie byli w stanie sprawić, by jakkolwiek odwrócić przebieg meczu i dać sobie jakąkolwiek szansę na strzelenie bramki honorowej. Gruzini zachowywali się tak, jakby uszło z nich powietrze na dobre, pogodzonych ze swoim losem. Podopieczni Adriana Siemieńca przede wszystkim kontrolowali wydarzenia boiskowe, jednocześnie szukając podwyższenia wyniku. Gola ustalającego wynik spotkania w doliczonym czasie gry strzelił Sergio Lozano. Jagiellonia pewnie pokonała swojego rywala, pokazując siłę i wyższość. Rewanż powinien być w zasadzie tylko formalnością i pierwszym w historii klubu awansem do rozgrywek Ligi Europy.



