Kolejny weekend z Formułą 1 i kolejny wyścig na ulicznych torze. Tym razem królowa motorsportu zawitała do Singapuru. Wyścig zapowiadał się ciekawie. Max Verstappen stanął przed wielką szansą wygrania po raz pierwszy na Marina Bay Street Circuit. Holenderski mistrz mógł tego dokonać w swoim 250. starcie w Formule 1. Na przeszkodzie mieli mu stanąć, startujący tuż za nim kierowcy Ferrari i McLarena. Do tego z końca stawki startowali Issac Hadjar i George Russell. Zapowiadało się na spore emocje.
Wszystko zgodnie z planem?
Dla czołowych kierowców start przebiegł zgodnie z planem. Max Verstappen wystartował nieco gorzej od Charlesa Leclerca, lecz i tak potrafił wyjść z tego pojedynku zwycięsko. Holender mógł zatem spokojnie z okrążenia na okrążenie budować przewagę nad zawodnikami Ferrari. Dużo więcej działo się w środku jak i na końcu stawki. Pozycje zyskiwali wspominani Hadjar i Russell. Do tego brylował Ollie Bearman. Im dalej w las to czuć było, że w tym wyścigu bardziej będzie chodziło o walkę strategiczną niż tą typowo na torze. Taki urok torów ulicznych.
Problemem dla tych, którzy szukają emocji w oglądaniu wyścigów jest fakt, że obecne mieszanki przygotowane przez Pirelli są bardzo wytrzymałe. Niemal co wyścig, a zwłaszcza ten na torze ulicznym kierowcom wystarczy tylko jedna wizyta u swoich mechaników, co jest absolutnym minimum i obowiązkiem. Walka strategiczna zatem nie jest zbytnio ciekawa i bardzo ograniczona. Nie ma podcięć i szukania innych sposobów na oszukanie przeciwników.
Ferrari zepsuło wyścig Hamiltonowi?
Innej strategii spróbował Lewis Hamilton. Brytyjczyk jako pierwszy w stawce zjechał na zmianę opon. Dokonał tego już na 19. kółku. Na pierwszy rzut oka pachniało kolejną „Grande Strategią”. Z biegiem czasu strategia Hamiltona nie miała sensu. Zmienił opony za szybko. Jak na nich wyjechał i powinien jechać szybko, to Leclerc znalazł się przed nim na pośrednich oponach. Dla Hamiltona wyzwaniem było przejechanie 3/4 wyścigu na miękkich oponach, a zjazd drugi pit stop nie miał sensu.
Hamilton potrafił puścić Leclerca bez walki. Wcześniej w odwrotnej sytuacji takiej współpracy nie było. Brytyjczyk na starych oponach jechał bardzo wolno. Wydawało się, że utrzymanie miejsca na podium będzie nie lada wyczynem. Ostatecznie się to nie udało. 7-krotny mistrz świata został wyprzedzony najpierw przez Kimiego Antonellego, a chwilę później przez Lando Norrisa. Na przedostatnim wyścigu jeszcze przez Oscara Piastriego. Ferrari swoją strategią zaprzepaściło szansę na podwójne podium.
Na czele stawki brylował Max Verstappen zwiększając przewagę. Ostatecznie 4-krotny mistrz świata dowiózł do mety co trzeba, wygrywając po raz pierwszy w swojej karierze w Singapurze. Nie było w ten weekend mocnych na kierowcę Red Bulla, który w pełni zasłużenie wygrał drugi wyścig z rzędu. Max jest w kapitalnej formie, a gdy jedzie samochodem, który się go słucha jest piekielnie szybki i niebezpieczny. Poza wspominaną dziwną strategią Ferrari i zepsuciem wyścigu Lewisowi Hamiltonowi, niemrawą pogonią Russella i walką w środku stawki GP Singapuru w 2026 roku nie przyniosło czegoś co zapamiętamy na długie lata.


