Błyskawicznie stracony gol ich rozwścieczył. Lech Poznań negatywnie zaskoczył swoich kibiców, gdy już po pierwszych sekundach rywalizacji przegrywał. Nie zdążyliśmy jednak jeszcze ochłonąć po błędzie w rozegraniu Radosława Murawskiego, a Kolejorz już remisował. A dalej było tylko lepiej dla Poznaniaków i gorzej dla Warchołów. Podopieczni trenera Rafała Grzyba przyjęli jeszcze cztery bramki. Zostali odprawieni z kwitkiem.
Pierwsze 10 minut całkowicie wstrząsnęło Enea Stadionem. Głównym aktorem był deszcz, przez który murawa tak nasiąknęła, że piłkarze mieli z nią kłopot. Wyszło na to, że pogoda nie tylko niszczy plany bitewne, ale również funduje znakomite widowiska.
Fantastyczny początek meczu w Poznaniu
Nie minęło bowiem pół minuty, kiedy szał radości ogarnął kibiców z Radomia. Tuż pod własnym polem karnym Radosław Murawski stracił piłkę na rzecz Romario Baro. Pomocnik przytomnie zgrał ją do Guilherme Luisa, który doszedł do stuprocentowej sytuacji bramkowej. Mógł tylko pytać Mateusza Lisa, gdzie strzelić. Ale nie zrobił tego – pokonał go, natychmiast uderzywszy. Niedługo później nastąpił jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy, atak pozycyjny Kolejorza. W jej końcowej fazie uruchomiony został Pablo Rodriguez. Hiszpan ustawił sobie Christosa Donisa, ułożył się do strzału i posłał futbolówkę po ziemi w stronę bramki. Filip Majchrowicz raczej powinien był sobie z tym poradzić, ale wykonał przedziwną, akrobatyczną interwencję i nogą nie sięgnął piłki.
Lech Poznań kontynuował natarcie. Rozszarpywał formację gości długimi podaniami za linię obrony. Świetne okazje miał Mikael Ishak, ale napastnik był nieskuteczny. Finalnie Poznaniacy dopięli swego. Uderzenie Filipa Jagiełły Majchrowicz sparował wprost do Patrika Walemarka, który wyprowadził zespół na prowadzenie dobitką z główki.
Później spotkanie stało się bardziej ustrukturyzowane. Zawodnicy nieco przystosowali się do murawy, przez co Lechici pokazywali klasę, swobodnie rozgrywając zarówno pod presją przeciwnika, jak i na jego połowie. Radomiak Radom postawił na lepsze zabezpieczenie się przed atakami, ale napędzonego zespołu Nielsa Frederiksena nie sposób było zatrzymać. Odpowiadał co prawda szarżami Che Nunnely’ego oraz Ronaldo Lumungo, ale te były nieliczne. Ostatnie słowo w pierwszej połowie należało do Dumy Wielkopolski. Allahyar Sayyadmanesh trafił między słupki po dostawie od Ishaka.
Lech Poznań kontynuował koncert
Radomiak po przerwie dokonał w środku pola dwóch zmian. To dzięki nieodpowiedniemu zabezpieczaniu tej strefy Lech tak dobrze sobie poczynał. W miejsce Luquinhasa oraz Baro weszli Rafał Wolski i Ibrahima Camara. Niewiele to zmieniło. Gospodarze dalej swobodnie grali przez centrum boiska. W efekcie przebojowy rajd Walemark zakończył drugim golem. Co prawda Szwed trafił na raty, bo pierwsze uderzenie zatrzymał Szcześniak, lecz przed drugim już nikt Majchrowicza nie uratował.
Przy tak korzystnym wyniku Kolejorz nieco zwolnił. Do głosu doszły Warchoły. Konkretów było jednak stosunkowo mało. Groźnie huknął Lumungo, ale skierował piłkę w środek bramki, więc Lis przeniósł ją nad poprzeczką. Szansę miał też Donis, lecz znów dobrą interwencją popisał się poznański bramkarz. Tylko że co z tego, skoro defensywa Radomian rozkładała się jak plażowy namiot przy każdym konkretniejszym ataku Lecha. Nastąpiło więc w końcu podwyższenie wyniku. Walemark podał do Rodrigueza, który wypuścił w maliny Szcześniaka, a następnie plasowanym strzałem po ziemi pokonał Majchrowicza.
Było właściwie po meczu. Lechici kontrolowali wydarzenia, a przyjezdni nijak nie potrafili temu zaradzić. Gdyby zawodnicy trenera Frederiksena prezentowali wyższą skuteczność, różnica bramkowa byłaby jeszcze bardziej zatrważająca. Cóż winić Radomian, trafił się im rywal chcący odkuć się po przegranych z Górnikiem Zabrze oraz Crystal Palace. Zrobił to w sposób spektakularny. Dzięki temu przerwę reprezentacyjną spędzi na 3. miejscu w tabeli Ekstraklasy.



