Pechowo rozpoczęła się przygoda Jagiellonii Białystok z Ligą Europy. Mimo objęcia prowadzenia już w 20. minucie wyjazdowego starcia z Olympiakosem podopieczni Adriana Siemieńca ostatecznie przegrali 1:2. Była to ich pierwsza wyjazdowa porażka w europejskich pucharach od dziesięciu spotkań. Tym bardziej że Duma Podlasia wygrała cztery z pięciu poprzednich domowych meczów w Ekstraklasie, kibice mogli liczyć na rehabilitację. Do Białegostoku przyjechała Legia Warszawa, która jako jedyna pozostawała niepokonana w tym sezonie Ekstraklasy. W ostatnich tygodniach forma stołecznego zespołu wyraźnie jednak wyhamowała. Wojskowi wygrali tylko jedno z czterech poprzednich spotkań, a po drodze odpadli z Pucharu Polski. Biorąc to wszystko pod uwagę, starcie obu drużyn zapowiadało się na hit 9. kolejki.
Jagiellonia sama sobie strzelała gole
O drużynach prowadzonych przez Marka Papszuna można mówić wiele, ale trudno odmówić im umiejętności wykorzystywania błędów przeciwnika. A tych Jagiellonia popełniała w pierwszych minutach zdecydowanie zbyt wiele. Najpierw po nieporozumieniu w defensywie i interwencji Sławomira Abramowicza sędzia podyktował rzut karny. W 15. minucie na gola zamienił go Rafał Augustyniak. Pięć minut później było już 2:0, gdy do własnej bramki trafił Nik Prelec. Legia nie musiała prezentować wielkiej piłki, żeby wypracować dwubramkową przewagę.
Jagiellonia potrafiła jednak podnieść się po dwóch ciosach, które w dużej mierze sama sobie zafundowała. Z minuty na minutę gospodarze wyglądali coraz lepiej i zaczęli odrabiać straty. W 35. minucie arbiter wskazał na jedenasty metr, tym razem po drugiej stronie boiska. Rzut karny pewnie wykorzystał Jesus Imaz, przywracając nadzieję kibicom zgromadzonym na stadionie. Po fatalnym początku białostoczanie wrócili do gry, a końcówka pierwszej połowy należała już do nich. Co istotne, po zawodnikach Adriana Siemieńca nie było szczególnie widać trudów środowego wyjazdu do Grecji. Jagiellonia szukała wyrównania, podczas gdy Legia skupiała się przede wszystkim na ograniczaniu możliwości rywala. Warszawianie nie zamierzali prowadzić otwartej wymiany ciosów, choć jednobramkowa przewaga nie dawała im jeszcze spokoju.
Próby wybijania z rytmu i kolejny błąd
Po przerwie Legia kontynuowała swój pomysł na to spotkanie. Zespół Marka Papszuna starał się przede wszystkim przeszkadzać przeciwnikowi i wybijać go z rytmu. Jagiellonia częściej utrzymywała się przy piłce, ale miała problemy z przedostawaniem się pod bramkę Otto Hindricha. Gospodarze grali cierpliwie, momentami jednak zbyt wolno, co ułatwiało Warszawianom organizację defensywy. Z czasem Białostoczanie zaczęli stwarzać coraz większe zagrożenie. Bliski wyrównania był Imaz, lecz jego uderzenie znakomicie obronił Hindrich. Legia przetrwała trudniejszy fragment, a niewykorzystana okazja szybko zemściła się na gospodarzach.
W 75. minucie Wojskowi ponownie wykorzystali błąd defensywy Jagiellonii. Rafał Augustyniak daleko wrzucił piłkę z autu, ta odbiła się od murawy w polu karnym i ostatecznie trafiła do Pawła Wszołka. Wahadłowy Legii z najbliższej odległości skierował ją do siatki, notując pierwsze trafienie w sezonie. Do pięciu wcześniejszych asyst dołożył więc bramkę, która praktycznie przesądziła o losach spotkania. Gdy wydawało się, że Jagiellonia jest coraz bliżej wyrównania, kolejny błąd kosztował ją utratę gola.
Białostoczanie nie zamierzali jeszcze rezygnować. W końcówce ponownie domagali się rzutu karnego po akcji Jeremy’ego Agbonifo. Sędzia początkowo wskazał na jedenasty metr, ale po analizie VAR zmienił decyzję. Gospodarzom nie udało się już odwrócić losów meczu, a Legia dowiozła zwycięstwo 3:1.
Wojskowi, przynajmniej do rozegrania spotkania przez Lecha Poznań, awansowali na pozycję wicelidera tabeli, tracąc trzy punkty do Górnika Zabrze. Z kolei Jagiellonia przegrała trzecie spotkanie z rzędu, w tym drugie na boiskach Ekstraklasy. Dziesiąte miejsce i 12 punktów po ośmiu meczach trudno uznać za wymarzony początek sezonu dla trzeciej drużyny poprzednich rozgrywek i uczestnika Ligi Europy.



