Lech Poznań i Jagiellonia Białystok miały się ze sobą zmierzyć jeszcze w sierpniu, ale obie ekipy były zajęte walką o Europę. Zarówno Poznaniakom, jak i Białostoczanom to się udało – jako jedynym z PKO BP Ekstraklasy. Choć w Lidze Europy ze sobą nie zagrają (przynajmniej w fazie ligowej), tak w lidze już muszą. To również starcie pretendentów do tytułu, skoro jako jedyni przebrnęli przez eliminacje. Oba zespoły zagrały po 4 spotkania i punkt więcej zdobył Kolejorz. Spora w tym zasługa Bartłomieja Drągowskiego w meczu z Widzewem Łódź. Takich prezentów, jak od bramkarza RTS-u nie daje Święty Mikołaj nawet najgrzeczniejszym dzieciom. Lech i Jaga miały na koncie po 3 zwycięstwa, z tym, że podopieczni Adriana Siemieńca raz przegrali, z… Widzewem.
Miała być uczta, dostaliśmy szpitalną kolację…
Ledwo mecz się zaczął, a już trzeba było go przerwać. Kibice Lecha potrzebowali jakichś 80 sekund na to, by dymem z rac odesłać piłkarzy na chwilę przerwy. A wiara tak w swoim Kotle nahajcowała, że aż zawodnicy musieli zejść do tunelu. Nic dziwnego, jakość powietrza w tamtym momencie była gorsza niż na Śląsku w środku sezonu grzewczego. W 8. minucie sędzia uznał, że wywietrzyło się dostatecznie i wrócili do gry. Więcej na boisku pokazywała Jagiellonia. Lech nieco się odsunął, pozwolił przyjezdnym trochę pobawić się piłką. Dawali Białostoczanom dużo swobody, być może trochę za dużo. Chociaż nie na tyle, żeby Jaga wykreowała sobie coś szczególnie groźnego. Dużo działo się w środku boiska, pod bramkami – niekoniecznie.
W obu zespołach zdecydowanie brakowało dynamiki. Rozegranie było powolne i zbyt czytelne dla przeciwnika, w zależności kto akurat był przy piłce. Lech i Jagiellonia wyszły na siebie z dużym respektem, tylko niepotrzebnie aż tak dużym. Nie chcieli przez to podjąć jakiegokolwiek ryzyka, a bez tego ciężko o gola. Minimalnie większą przewagę miał zespół z Podlasia, gdyż przez pierwsze pół godziny gry tylko on oddał jakikolwiek strzał. Właśnie około 30. minuty Jaga wreszcie przyśpieszyła, a w jej grze coś pozytywnego się zadziało. Sergio Lozano miał zdecydowanie za dużo miejsca, oddał mocny strzał z daleka, lecz nieznacznie chybiony. Chwilę później agresywnie ruszył Patrik Wålemark, ale Sławomir Abramowicz zanurkował i zdjął piłkę z nogi Szweda. Dopiero w 37. minucie Lech oddał pierwszy strzał. Allahyar Sayyadmanesh nie trafił w światło bramki. W pierwszej połowie nic nie szło, na 0:0 musiało się skończyć. Czyżby?
I hit Ekstraklasy nabrał rumieńców!
Bowiem w 43. minucie Lech wreszcie się rozbudził, i to tak na dobre. Trochę dłużej utrzymywał się w pobliżu pola karnego Jagi. Luis Palma zebrał piłkę po nieudanym strzale i rozciągnął akcję na prawe skrzydło, do Joela Pereiry. Portugalczyk wrzucił piłkę, prosto na głowę Pablo Rodrígueza, a Hiszpan z powietrza ograł bramkarza i otworzył wynik. Na 25 ostatnich meczów Kolejorza w Ekstraklasie, aż w 24 trafiał do siatki chociaż raz. Jak ktoś jest spragniony goli w naszej lidze, niech jedzie do Poznania. A wraz z Lechem i Jagiellonia się rozbudziła. W doliczonym czasie gry przy piłce znalazł się Yuki Kobayashi. Japończyk miał mnóstwo miejsca, niczym polska rodzina z parawanem nad Bałtykiem. I to był duży błąd. Bo Kobayashi oddał potężny strzał. Piłka pofrunęła tuż pod poprzeczkę, Mateusz Lis nie miał nic do powiedzenia.
Po przerwie piłkarze obu drużyn nie popadali w sen, tylko pozostali rozbudzeni. W ciągu pierwszych 10 minut padły 3 celne strzały, tyle samo, co w pierwszej połowie. Tym razem jednak aktywniejszy był Lech i wszystkie uderzenia padły z jego strony. Gdyby tylko były one trudniejsze dla Abramowicza, to o remisie nie byłoby mowy. A tak to Kolejorz walił prosto w niego. W każdym razie role względem pierwszej części spotkania się odwróciły. I przede wszystkim, to Lech był bardziej produktywny. W 59. minucie Palma miał doskonałą okazję, piłka spadła wprost pod nogi Honduranina. Skiksował jednak i piłka pofrunęła nad poprzeczką. Takie okazje należy wykorzystywać…
Czas płynął, a Lech konsekwentnie utrzymywał swoją przewagę na boisku. Jagiellonia nie miała za wiele do powiedzenia. Mało okazji, mało konkretów, mało samej Jagi. Taka też była filozofia Lecha na ten fragment spotkania. Stłamsić przeciwnika, wytrącić mu wszelkie argumenty z rąk i na swoich warunkach prowadzić grę. Podopieczni Adriana Siemieńca próbowali się przełamać, ale szło im to dość opornie. Niewiele się zmieniało, dalej to ekipa z Wielkopolski miała dużo więcej z gry. Poza wynikiem, rzecz jasna.
A w 74. minucie był blisko Wålemark, na nieszczęście Szweda Abramowicz wybrnął z sytuacji sam na sam. Czas naglił Kolejorza, a wynik dla niego wciąż się nie zgadzał. Opadał już powoli z sił, a pod koniec Jaga przycisnęła. Ale w 87. minucie Lech wykorzystał piłkę meczową. Z rzutu rożnego dośrodkowywał Michał Gurgul. Do piłki w powietrzu doskoczył Robert Gumny i głową wyprowadził Kolejorza na prowadzenie. Gol nie został jednak natychmiastowo przyznany, Szymon Marciniak widział przewinienie Wojciecha Mońki na Abramowiczu. Dopiero kiedy skłonił się ku analizie VAR, zmienił zdanie. Bramka jak najbardziej prawidłowa.
Po pierwszej połowie nie dało się tego powiedzieć, ale druga część zmienia postać rzeczy: Lech zasługiwał tu na 3 punkty. Przed przerwą Kolejorz odpuszczał, trochę zapewne świadomie. Ma napięty terminarz, nie ma sensu grać każdy mecz na wysokiej intensywności od deski do deski. Po przerwie podkręcił tempo i to poskutkowało. Udało się Poznaniakom wyłączyć rywali z gry i nie dać im dojść do głosu. Z wykorzystywaniem okazji było już różnie, ale wyszli obronną ręką i zgarnęli pełną pulę. Dzięki tej wygranej Lech wysunął się na prowadzenie w tabeli.



