Czwartek, 27.08.2026 r. okazał się dniem, w którym Górnik Zabrze pożegnał się z europejskimi pucharami. Wicemistrz Polski i zdobywca STS Pucharu Polski z ubiegłego sezonu miał szansę walki o udział w Lidze Mistrzów, Lidze Europy oraz Lidze Konferencji. Nie tylko przegrał wszystkie trzy dwumecze, nie wywalczył także wielu punktów do rankingu UEFA, a zyski finansowe są rozczarowujące. Czy taki scenariusz trzeba uznać za spektakularną klęskę? A może innego nie powinniśmy się spodziewać?
Liczby są bolesne…
Dwa remisy i cztery porażki przełożyły się na dokładnie JEDEN punkt – a właściwie 0,2 pkt, bowiem przy pięciu drużynach dorobek polskich zespołów dzieli się na pięć. Nie ma sensu owijać w bawełnę, dodatkowe miejsce w kwalifikacjach Champions League i szansa dla Zabrzan okazały się fatalnym rozwiązaniem z punktu widzenia rankingu Ekstraklasy. Nie tylko nie zdołaliśmy wypracować lepszego dorobku, ale Górnik Zabrze zaniżył także wartość punktów zdobywanych przez pozostałych polskich uczestników kwalifikacji.
Finansowo start śląskiego klubu trudno uznać za sukces. Oczywiście, nie znamy liczb dotyczących sprzedanych biletów, gastronomii czy innych wpływów meczowych, ale Górnik Zabrze zarobił za sam start i osiągnięte wyniki około 1,275 mln euro. To niewiele więcej niż… zysk ze sprzedaży Taofeeka Ismaheela do Karabachu. Slogan „polskie kluby muszą walczyć o europejskie puchary, bo to pomoże im w rozwoju” okazał się więc w tym przypadku średnio trafiony. O ile Lech Poznań za swoje dotychczasowe wyniki – w tym awans do fazy ligowej Ligi Europy – zyska około 9 mln euro, o tyle w przypadku Górnika mówimy o kwocie, która niewiele zmieni w funkcjonowaniu klubu. Sam start w europejskich pucharach bez dobrych wyników nie daje wielkich korzyści finansowych, to oczywiste. Nie oznacza to jednak, że Górnik powinien żałować całej przygody, bo gdy spojrzymy na listę jego rywali, ocena przestaje być aż tak jednoznaczna. Zabrzanie nie odpadali przecież z zespołami z Malty, Andory czy Luksemburga. Trafili kolejno na Fenerbahçe, Ferencváros i Monaco, a więc trzy kluby, które pod względem budżetu, doświadczenia i jakości kadry znajdowały się na zupełnie innym poziomie.
Z Fenerbahçe Zabrzanie przegrali 0:1 na wyjeździe i zremisowali 1:1 u siebie. Identyczny bilans zanotowali później przeciwko Ferencvárosowi. Dopiero Monaco wyraźniej pokazało różnicę klas, wygrywając 3:2 w Zabrzu i 4:1 w rewanżu. Bilans 0-2-4 wygląda bardzo słabo, ale jeśli spojrzymy na nazwiska i możliwości kolejnych rywali, trudno mówić o kompromitacji. Bardziej o brutalnym pokazaniu miejsca, w którym obecnie znajduje się Górnik na europejskiej mapie. Już wyeliminowanie jednego z tych zespołów należałoby traktować jako spory sukces. Górnik nie był faworytem żadnego z trzech dwumeczów, a mimo to z Fenerbahçe i Ferencvárosem przez długie fragmenty potrafił utrzymywać się w grze. To oczywiście nie daje punktów ani pieniędzy, ale pokazuje, że sam wynik nie oddaje całego obrazu. Europejskie puchary nie są jednak konkursem na dobre wrażenie. Ostatecznie liczą się zwycięstwa, awanse i dorobek, który zostaje po zakończeniu kwalifikacji. W tym aspekcie Górnik wypada po prostu słabo. Sześć spotkań bez zwycięstwa to wynik, którego nie da się obronić wyłącznie klasą przeciwników. Nawet jeśli odpadnięcie z każdym z tych rywali można było przewidzieć, polski klub powinien być w stanie znaleźć przynajmniej jedno spotkanie, w którym przechyli szalę na swoją korzyść. Zabrzanom się to nie udało.
Przypadek Górnika pokazuje też, że dodatkowe miejsce w europejskich pucharach nie musi automatycznie oznaczać korzyści dla krajowego rankingu. Przy pięciu uczestnikach każde zwycięstwo w eliminacjach daje Polsce 0,2 pkt, a remis 0,1 pkt. Gdyby startowały cztery zespoły, te same wyniki byłyby warte odpowiednio 0,25 i 0,125 pkt. Piąty przedstawiciel musi więc zdobywać punkty na tyle regularnie, żeby jego obecność rekompensowała zwiększony dzielnik. Górnik tego lata nie zrobił. Zdobył dla Polski łącznie 0,2 pkt, a jednocześnie każde zwycięstwo Lecha, Jagiellonii, Rakowa czy GKS-u Katowice miało mniejszą wartość niż w sezonie, w którym reprezentowałyby nas cztery kluby. To nie jest argument przeciwko walce o dodatkowe miejsca w Europie, ale dobra lekcja pokazująca, że sam wzrost liczby uczestników nie wystarczy. Jeżeli Ekstraklasa chce na stałe znaleźć się w okolicach TOP 10 rankingu UEFA, również piąty zespół musi być przygotowany do regularnego punktowania. W praktyce właśnie tutaj widać różnicę pomiędzy „mieć pięć klubów w Europie” a „mieć pięć klubów gotowych na Europę”. To drugie jest znacznie trudniejsze i wymaga odpowiedniej szerokości kadr, budżetów oraz doświadczenia. Polska liga zrobiła w ostatnich sezonach duży krok do przodu, ale przypadek Górnika pokazał, że kolejne miejsce w kwalifikacjach może być również obciążeniem, jeżeli zespół korzystający z niego nie jest w stanie zdobywać punktów.
Czy było warto?
Klub otrzyma około 1,275 mln euro od UEFA, do tego zarobił na trzech spotkaniach przed własną publicznością, a jego zawodnicy mieli okazję zmierzyć się z Fenerbahçe, Ferencvárosem i Monaco. Dla zespołu, który dopiero wraca na europejską scenę, takie mecze mają swoją wartość i mogą procentować przy kolejnych próbach. To trochę jak z kursem na prawo jazdy, Zabrzanie oblali już na placu manewrowym, trudno mówić o sukcesie, ale doświadczenie na przyszłość jest. Kwota wypłacona przez UEFA nie zmieni możliwości Górnika w taki sposób, w jaki europejskie puchary mogą zmienić sytuację Lecha Poznań czy Jagiellonii Białystok. Kolejorz już w tym momencie może dopisywać na swoje konto około 9 mln euro. Zabrzanie zasłużyli na udział w pucharach wynikami osiągniętymi w poprzednim sezonie, trafili na trudnych przeciwników i dlatego sam brak awansu nie jest powodem do wstydu. Jednocześnie sześć spotkań bez zwycięstwa, zaledwie 0,2 pkt dla Polski i około 1,275 mln euro od UEFA to smutny sygnał, że to, co wystarcza na sukces w Ekstraklasie, niekoniecznie sprawdza się w Europie.



