Co się z nimi stało? XI Lecha Poznań, która zmierzyła się z Benficą w Lidze Europy

Skoro Lech Poznań wraca do Ligi Europy po sześciu latach rozłąki to czas sobie przypomnieć czasy, kiedy to ostatni raz Kolejorz grał w tychże rozgrywkach. Miało to miejsce w sezonie 2020/2021, a pierwszym rywalem od razu w 1. kolejce była portugalska Benfica. Polacy przegrali spotkanie 2:4, lecz na pewno nie mieli się czego wstydzić. Podopieczni Dariusza Żurawia zagrała w tym meczu bardzo odważnie i z polotem. Kolejorz chciał pokazać się z jak najlepszej strony i trzeba uczciwie powiedzieć, że ta sztuka im się jak najbardziej udała. O triumfie Portugalczyków przesądził niesamowity Urugwajczyk Darwin Nunez, który ustrzelił w tym meczu hat-tricka. Piłkarze Lecha mogli mieć ogromny żal, że spotkanie z Benficą przyszło im rozgrywać przy pustych trybunach. Czas przypomnieć sobie bohaterów tamtego ciekawego starcia, którzy mieli przyjemność zmierzyć się z Orłami z Lizbony.

Filip Bednarek

Po niemal całej karierze spędzonej na holenderskich boiskach Filip Bednarek w 2020 roku postanowił wybrać grę w swoim kraju. Z miejsca stał się podstawowym bramkarzem oraz gwarantem nie zawsze dobrych „wrażeń” dla kibiców Kolejorza. Często był niepewny w swoich interwencjach, lecz na pewno kibice w Poznaniu będą go wspominać z sentymentem. Wywalczył z Lechem dwa mistrzostwa Polski. Pomógł w osiągnięciu historycznego ćwierćfinału Ligi Konferencji już za kadencji Johna van den Broma. Z pewnego poziomu nie schodził, lecz w najważniejszych momentach brakowało czegoś nadzwyczajnego, a przede wszystkim spokoju. To sprawiło, że jego pozycja z sezonu na sezon coraz bardziej słabła i w klubie postanowiono ściągnąć dla niego bramkarza do rywalizacji.

Po pierwszym mistrzostwie za kadencji Nielsa Frederiksena, kiedy już pełnił rolę głębokiego rezerwowego Bartosza Mrozka, postanowił opuścić Lecha na rzecz… Holandii. Bednarek wrócił do kraju, w którym chyba jednak czuje się na dłuższą metę najlepiej. Tym razem zakotwiczył w Sparcie Rotterdam. Może jeszcze kiedyś wróci do Polski, lecz na ten moment się na to nie zanosi. Ciekawa kariera, ale nie tak dobra jak jego brata Jana…

Tymoteusz Puchacz

Wychowanek Lecha, z którego dopiero chyba po latach w tym mieście są dumni. Po wypożyczeniach najpierw do Zagłębia Sosnowiec, a następnie do GKS-u Katowice na początku sezonu 2019/2020 zakotwiczył na stałe w pierwszym zespole Lecha. Z biegiem czasu jego pozycja zaczęła rosnąć, a styl gry trenera Dariusza Żurawia przypadł lewemu obrońcy do gustu. Puchacz grał bardzo odważnie, a przede wszystkim ofensywnie. Biegał od linii do linii, nie wyglądając przy tym na zmęczonego. Zaowocowało to wszystko powołaniem do reprezentacji i wyjazdem za granicę.

Niestety pobyt w Unionie Berlin był delikatnie mówiąc mało udany, o czym sam Puchacz już niejednokrotnie mówił. Później było szukanie swojej drogi w Turcji, Grecji czy nawet Anglii. Polak zmieniał kluby jak rękawiczki, aż wreszcie wybrał dość nietypowo. W lipcu tego roku zdecydował się po wcześniejszym wypożyczeniu podpisać kontrakt z azerskim Sabah Baku, któremu już pomógł w zdobyciu mistrzostwa kraju. Wygląda na to, że w Azerbejdżanie odnalazł samego siebie i kilka dni temu wywalczył pierwszy w historii dla klubu awans do Ligi Mistrzów.

Pewnie zaraz do niego zadzwoni Jan Urban z powołaniem do reprezentacji Polski. Puchacz to pełen energii i pasji do piłki człowiek. Poukładał sobie pewne sprawy w głowie, a przede wszystkim mówi to co myśli. Było ciężko, ale się pozbierał i chwała mu za to. Może jeszcze zostanie w przyszłości zawodnikiem zespołu z lig top5. Na pewno będzie chciał kiedyś wrócić do Lecha, którego ma w sercu o czym też niejednokrotnie wspominał.

Dorde Crnomarković

Serb w Lechu nie jest wspominany zbyt dobrze. Potrafił zagrać jeden solidny mecz, po to by następnych kilka zawalić i być bardzo nieregularnym w swoich interwencjach. Przed transferem do Polski skakał po różnych mało znanych szerszej publiczności klubach w swojej ojczyźnie. Kolejorz obrońcę ściągnął za 500 tysięcy euro w lipcu 2019 roku. Po ponad dwóch latach został wypożyczony do Zagłębia Lubin, by następnie sprzedać go do słoweńskiej Olimpii. Od 2023 roku gra ponownie w Serbii, będąc zawodnikiem Vojvodiny.

Tomasz Dejewski

Nie można o Tomaszu Dejewskim powiedzieć więcej niż to, że był co najwyżej solidnym ligowcem. Miejsce w składzie na ten mecz wywalczył sobie sprawami nie do końca od niego zależnymi. Głównym powodem była plaga kontuzji w linii obrony oraz decyzja rotacyjna trenera. W Lechu wielkiej kariery nie zrobił, a poza tym nie potrafił na długo w klubie się zatrzymać. W jego CV znajdzie się też Warta Poznań, Widzew Łódź, a obecnie trzecioligowa Radunia Stężyca i to mając na karku 31 lat. To chyba pokazuje, że bycie co najwyżej rezerwowym w Lechu Poznań to maksimum na co było stać Dejewskiego w całej karierze. Zagranie w takim meczu i bycie częścią Kolejorza w rozgrywkach Ligi Europy to coś czego jednak nikt nie może mu odebrać.

Alan Czerwiński

Kolejny z solidnych ligowców i zadaniowców. Gdy wychodził na boisko, to było czuć, że robi wszystko by pokazać się z jak najlepszej strony. Jednak pewnego poziomu Czerwiński nie jest w stanie przekroczyć. Do Lecha przyszedł w sierpniu 2020 roku z Zagłębia Lubin. Wcześniej był piłkarzem GKS-u Katowice. To właśnie ten klub pozyskał Polaka z powrotem do siebie w lipcu 2024 roku. Tam jak na razie obrońca pokazuje się z bardzo dobrej strony. Emanuje spokojem i doświadczeniem. Katowiczanie niedawno wrócili do europejskich pucharów, dzięki zajęciu piątego miejsca w Ekstraklasie. Bardzo możliwe, że to właśnie tam 33 latek jeszcze będzie występował w najbliższych sezonach.

Jakub Kamiński

Popularny „Kamyk” to bez wątpienia jedna z perełek akademii Lecha Poznań w ostatnich latach. Po mistrzowskim sezonie 2021/2022 za kadencji Macieja Skorży, skrzydłowy został kupiony przez Wolfsburg za 10 milionów euro, co było wówczas drugim rekordowym transferem wychodzącym z poznańskiego klubu. W Wolfsburgu bywało różnie, lecz na pewno nie fatalnie. Stamtąd najpierw trafił na wypożyczenie do FC Koln po to by później niemiecki klub mógł go kupić na stałe. Tam stał się jedną z gwiazd zespołu i jej liderem.

Poskutkowało to wszystko kolejną znakomitą szansą jaką otrzymał od losu. Mianowicie od tego sezonu jest piłkarzem nomen omen Benfiki. Tam na razie musi walczyć o minuty, lecz z pewnością prędzej czy później one przyjdą. Do tego trzeba dodać, że Kamiński wywalczył sobie na stałe miejsce w reprezentacji Polski. Stał się skrzydłowym na miarę Kamila Grosickiego z jego najlepszych lat. Waleczność i nieustępliwość to z pewnością cechy Jakuba Kamińskiego. Za to w Polsce go pokochano i niech tak już zostanie. Oby w Portugalii tak jak w Niemczech zrobił porządną karierę.

Jakub Moder

Skoro mowa o rekordach sprzedaży Lecha Poznań to on wciąż należy do Jakuba Modera. W 2020 roku Brighton wykupiło polskiego pomocnika za 11 milionów euro. Wiązano z nim wówczas ogromne nadzieje. W Polsce niejednokrotnie powtarzano, że trafił nam się brylant w środku pola, o którego trzeba po prostu dbać. „Modzio” miał wszystko – znakomite uderzenie z dystansu, przegląd pola i fizyczność. Takich piłkarzy „produkowanych” w Polsce mamy jak na lekarstwo. No właśnie… całą karierę zmarnowały kontuzje. Jest to jedna z tych historii, która jest po prostu przykra. Już nigdy nie dowiemy się jakby kariera się potoczyła gdyby nie problemy ze zdrowiem.

Od stycznia 2025 roku Moder jest zawodnikiem Feyenoordu Rotterdam. Tam miał świetny początek i gdy już się wydawało, że znowu oglądamy jego najlepszą wersję, to znowu zaczął mieć przeróżne problemy ze zdrowiem. W pewnym sensie jego sytuacja jest ogromną stratą dla polskiej piłki. Jeszcze trochę kariery przed nim. Ma dopiero 27 lat, lecz mało się zanosi na to, by jeszcze miał długo grać na co najmniej solidnym europejskim poziomie.

Pedro Tiba

Portugalczyk jest w pewnym sensie jedną z twarzy tamtejszego Lecha. Faktem jest to, że dla polskiego zespołu rozegrał najwięcej spotkań w całej swojej karierze, którą zakończył rok temu. 142 mecze, w których strzelił 13 bramek i zanotował 23 asysty. Liczby może nie przesadnie imponujące, lecz jak na środkowego pomocnika godne pochwalenia. Portugalczyk był wykorzystywany do „brudnej” roboty, szukaniu wolnych przestrzeni i tworzeniu okazji dla swoich kolegów. Niezwykle pożyteczny piłkarz, który większość kariery spędził w swojej ojczyźnie. Wyjątkiem był właśnie Lech, Real Valladolid, a na dość wczesnym etapie – grecka AGS Kastoria. Po odejściu z Poznania, był łączony z transferem do Legii Warszawa. Ostatecznie Wojskowi wycofali się z takiego ruchu.

Michał Skóraś

Kolejny z wonderkidów poznańskiej lokomotywy, który dopiero raczkował i zaczynał pokazywać swoją pełnię umiejętności. Najlepsze śwatu zaczął dopiero pokazywać za kadencji Johna van den Broma. To właśnie po sezonie 2022/2023 wyjechał podbijać Europę. Za 6 milionów euro kupiła go belgijska Brugia. Tam zaaklimatyzował się dość dobrze, a po dwóch latach przeniósł się do innego zespołu z tamtejszej ligi. Postawił na stabilizację. W KAA Gent nie zrobił ogromnych liczb, bo dwa gole w 35. występach nie są przesadnie imponujące.

Jednak w tym okienku transferowym zgłosiło się po niego RC Lens. Wicemistrzowie Francji szukali wzmocnienia na skrzydle i takie w postaci Skórasia uważają, że będą mieć. Dodać trzeba, że w międzyczasie 26-latek stał się dość trwałym bywalcem na zgrupowaniach reprezentacji Polski. Umiejętności nieraz brakuje, ale jak w przypadku Kamińskiego woli walki odmówić nie można. To z pewnością podoba się za granicą i trzeba przyznać, że jak na razie jego kariera wygląda dobrze. Tym bardziej jak weźmiemy pod uwagę poziom z jakiego startował.

Dani Ramirez

Zaczynał przede wszystkim od młodzieżowych drużyn Realu Madryt. Dani Ramirez to z pewnością jeden z tych hiszpańskich zawodników, którzy na dość długo zostaną w pamięci kibiców nie tylko Lecha Poznań, ale i całej Ekstraklasy. Potwierdzeniem takiej tezy, jest chociażby fakt, że Ramirez najwięcej występów ma na swoim koncie w polskich klubach. Najpierw był Stomil Olsztyn, a sam zainteresowany przyszedł do Lecha z ŁKS-u Łódź, w którym był jedną z gwiazd zespołu. Dla Kolejorza rozegrał 94 mecze, a dla łódzkiego klubu – 86. Łącznie dla polskich klubów strzelił 42 braki i zanotował 43 asysty. Liczby bardzo dobre, jak i cała jego gra. Potrafił „człapać” po murawie, lecz swoją wizją gry i pomysłem na poszczególne akcje to wszystko nadrabiał. Po polskich wojażach, jego kariera znacznie wyhamowała i nabrała raczej formy wegetacji. Był epizod w Turcji, a obecnie gra w drugim już swoim klubie z Indii.

Mikael Ishak

Żywa legenda Lecha Poznań. Szwed już dawno został okrzyknięty królem Poznania. Miał tylko przyjść na chwilę, odbudować się i pójść do innego klubu. Jednak tak mu się w Poznaniu spodobało, że jest w tym mieście już 6 lat i nie zanosi się na to by w najbliższej przyszłości miał opuścić poznański zespół. Na przeszkodzie może tak naprawdę stanąć wiek, który bije nieubłaganie i zmierza w złym kierunku w kontekście utrzymywania dobrej formy. Napastnik rozegrał już dla Lecha 226 spotkań, w których strzelił 124 bramki i zanotował 35 asyst. Szwed po dwumeczu z Shakhtar Donieck stał się najlepszym strzelcem dla polskich klubów w europejskich pucharach. Poprzedni rekord należał do Włodzimierza Lubańskiego – 30 goli. Ishak ciągle śrubuje swoje osiągnięcia i sprawia, że szybko mogą one nie zostać pobite.

33-latek miał przyjść na chwilę do Lecha po nieudanej przygodzie w Norymbergi. Wcześniej poza swoim ojczystym krajem grał w Danii, we Włoszech i Szwajcarii. Napastnik pokazuje, jak niedużo jest potrzebne napastnikowi do osiągania powierzonych mu celów – strzelania goli. Został w klubie obdarzony opieką i chęcią do wspólnego rozwoju. Możliwe, że już nigdy nie odejdzie z Poznania. Kibice nie zapomną wielu kluczowych goli i jego wszystkich osiągnięć. Czas bije, a Ishak nadal znajduje się w niezłej formie i szybko nie zamierza schodzić ze sceny. Śpieszmy się kochać szwedzkiego goleadora…

Dariusz Żuraw

Zamiast o rezerwowych lepiej napisać o losach trenera, który miał przyjemność prowadzić Lecha w tym meczu. Dariusz Żuraw uchodził za bardzo nieoczywisty i śmiały wybór władz Kolejorza. Przejmował drużynę po Adamie Nawałce i trzeba przyznać, że swoje zadanie wykonał dość poprawnie. Przede wszystkim ją poukładał, wpuścił do szatni świeżego powietrza i dał swoim piłkarzom po prostu grać w piłkę. Nie miał zbyt dobrej kadry, budował niemal z niczego i momentami na wielu wychowankach. Jak widać po podstawowym składzie na to spotkanie to taki Michał Skóraś czy Jakub Kamiński robią kariery za granicą oraz w kadrze Polski też są wiodącymi twarzami.

To pod wodzą Żurawia Lech wrócił do europejskich pucharów po wyeliminowaniu w dramatycznych okolicznościach belgijskiego Charleoi. Słynny tamtego czasu „Żurawball” oglądało się bardzo przyjemnie i z perspektywy czasu nie był on niczym złym. Żuraw w pewnym sensie zbudował podwaliny pod ofensywne i intensywne granie Lecha, które oglądamy do teraz. A gdzie jest teraz sam trener? Obecnie jest bez pracy, a po angażu w Kolejorzu pracował w trzech klubach: Zagłębie Lubin, Podbeskidzie Bielsko-Biała i Wisła Płock. W każdym z nich nie zasiedział się na zbyt długo i nie odniósł sukcesów. Od ostatniego zwolnienia mija już ponad dwa lata i nie zanosi się na powrót do pracy. A szkoda… Taka chyba rzeczywistość, z której sam szkoleniowiec sam się wypisał. W Poznaniu z perspektywy czasu kibice Dariusza Żurawia zapamiętają raczej dobrze, a wspominaną pandemiczną kampanię w Lidze Europy ze sporym sentymentem.

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img