Pierwsza połowa jak marzenie, druga jak środek nasenny anestezjologa. Korona Kielce i Wisła Kraków dały popis ofensywnej gry w pierwszych 45 minutach, ale w efekcie padł tylko jeden gol. Fantastycznym trafieniem dla Scyzoryków popisał się Ondrej Lingr. Po wznowieniu gry Biała Gwiazda długo szukała wyrównania. Znalazła je w doliczonym czasie.
Korona i Wisła grały bez kompleksów
Oba zespoły włożyły w pierwsze minuty rywalizacji sporo energii . Kluczowe były fazy przejściowe, po których tworzyły sobie dogodne sytuacje. Korona wykorzystywała dezorganizację rywali po wykonywanych przez nich rzutach rożnych. Podobnie Wisła potrafiła zaskoczyć gospodarzy, często wykorzystując Elie Youana, który zaliczył obiecujące wejście w mecz. Siał postrach na prawej stronie w szeregach rywali. Z łatwością wchodził w pojedynki i je wygrywał. Imponował lekkością, gdy zgrabnie mijał rywali. Brakowało mu tylko skuteczności przy strzałach.
Skuteczność za to znaleźli Koroniarze. Celne uderzenie z dystansu Martina Remacle’a, obronione przez Marcela Łubika, zapoczątkowało prawdziwą burzę pod bramką Wisły. Już chwilę później Morgan Fassbender otrzymał długie podanie, które zgrał do Mariusza Stępińskiego. Napastnik uderzył lekko, a piłka turlając się uderzyła w słupek i zaczęła toczyć się po linii bramkowej. Łubik zareagował i wybił ją… wprost pod nogi Ondreja Lingra. Debiutujący w barwach Kielczan Czech (swoją drogą bardzo aktywny i wywołujący pozytywne wrażenie) ułożył sobie futbolówkę i huknął z dystansu. Bramkarz nie miał szans.
Wynik mógłby być jeszcze wyższy, gdyby nie, bądź co bądź, solidna postawa Łubika. Golkiper zatrzymał uderzenia Fassbendera oraz Stępińskiego. Wkrótce jednak Krakowianie doszli do siebie, uspokoili sytuację i próbowali odpowiedzieć. Po koronkowej akcji niezły strzał oddał James Igbekeme, ale tym razem popisał się vis a vis Łubika, czyli Xavier Dziekoński. Kolejną w meczu szansę miał Youan, ale nie potrafił z bliskiej odległości głową skierować piłki w światło bramki. Na koniec z dystansu jeszcze spróbował Julius Erththaler, ale uderzenie sięgnął Dziekoński.
Wisła wyrównała w samej końcówce
Oczekiwaliśmy kontynuacji emocji w drugiej połowie, ale niestety spotkanie zrobiło się rwane. Zawodnicy częściej się faulowali, co wpływało na tempo i mieliśmy mało piłki w piłce. A starcie mocno na tym traciło, bo wydawało się, że wciąż wiele możę się wydarzyć. Kiedy już gra się upłynniła, wiatru w żagle zaczęła jakby nabierać Wisła. Dziekońskiego zaskoczył Kacper Duda, bo po jego próbie golkiperowi wypadła z rąk piłka. Miał szczęście, że dobitka Jakuba Krzyżanowskiego była niecelna. Lewy defensor powinien ze swojej pozycji wyrównać wynik.
W 57. minucie bramkarz Korony ponownie popełnił taki błąd. Tym razem do bramki dobijał Youan, który trafił. Sędzia jednak nie uznał bramki. Słusznie, bo na niepewną interwencję Dziekońskiego wpłynął Jordi Sanchez, wytrąciwszy mu futbolówkę z rąk. Po tym wydarzeniu Kielczanie nie dopuszczali już do groźnych sytuacji. Dobrze odnajdywali się w niższym ustawieniu, skutecznie broniąc dostępu do bramki. Dla Białej Gwiazdy otwarcie zapuszkowanego rywala było ogromnym wyzwaniem.
Obraz starcia zmienił się nieco po wejściu Daniela Bąka i Norberta Barczaka w 67. minucie. Od tamtej chwili Korona odrzuciła Wisłę, sporo czasu spędzając na jej połowie. Szukała zapewne drugiego gola, ale był to też rozsądny sposób na zminimalizowanie szans Krakowian na wyrównanie. Im więcej upływało czasu, tym łatwiej było utwierdzić się w przekonaniu, że nic się tu już nie wydarzy. Tymczasem Alan Uryga postanowił, że to do niego będzie należeć ostatnie słowo. W doliczonym czasie ofiarnie rzucił się do zgranej przez Sancheza piłki i dał gościom remis.



