Bośnia i Hercegowina i Polska zremisowały w swoim pierwszym meczu rozgrywanym Warszawie. Wtedy z racji pierwszej kolejki zmagań Ligi Narodów atmosfera była nieco inna. Triumfator tego spotkania mógłby zrobić ogromny krok w walce o dwie czołowe pozycje w grupie B. Bośnia i Hercegowina do meczu z Polską przystępowała jako niepokonana w trwające edycji LM. Dodatkowo gospodarze zdawali sobie sprawę, że zwycięstwo da im czteropunktowy zapas nad trzecim miejscem, niemal gwarantując finisz w czołowej dwójce. Bośniacy w ostatnich ośmiu meczach u siebie odnieśli tylko jedną porażkę. Polacy przyjechali zatem na ciężki teren. Po powolnym początku kampanii w Lidze Narodów Polska odpowiedziała w efektownym stylu, rozbijając w piątkowy wieczór Rumunię 6:0 i wracając do walki o dwie czołowe lokaty. Trzeba było zatem pójść za ciosem i wrócić na dobre do gry. Jednak z piłkarzami Jana Urbana, jak i ogólnie z grą reprezentacji Polski bywa różnie…
Szukanie swoich okazji
Bośnia i Hercegowina to nie Rumunia i to już wiedzieliśmy. W poniedziałkowy wieczór jeszcze bardziej się to potwierdziło. Nie zmienia to faktu, że solidnie weszliśmy mecz i przede wszystkim nie popełniliśmy takich błędów jak w meczu z Rumunią. Graliśmy otwartą i twardą piłkę z Bośniakami. Skoro oni tak grają, to podopieczni Jana Urbana postanowili grać tak samo. Kreowaliśmy sytuacje poprzez przeżuty z jednej strony na drugą. Po raz kolejny dobrze wyglądała nasza lewa strona. Kręcił niemiłosiernie rywalami Nicola Zalewski. Napastnicy dobrze przetrzymywali piłkę, szukając przy okazji wolnych przestrzeni. Środek pola dowoził i chyba nas już do tego przyzwyczaił, a obrona jak na nią nie wprowadzała aż takich nerwowych ruchów, jak to ma ostatnio w zwyczaju.
To nie tak, że Bośniacy w pierwszej połowie nie istnieli. Nic z tych rzeczy. Zarówno Reprezentacja Polski jak i Bośnia kreowały sobie ciekawe i groźne sytuacje. W obu przypadkach brakowało postawienia kropki nad „i”. Tego ostatniego dobrego podania i wyrachowania pod polem karnym rywala. Czuć było energię i solidność. Naprawdę niezła „połówka” polskiej reprezentacji na ciężkim terenie bez Roberta Lewandowskiego w podstawowym składzie. Na przerwę schodziliśmy z podniesionymi głowami i z przekonaniem, że Bośnia i Hercegowina jest jak najbardziej do pokonania. Na pewno nie było się czego wstydzić, a tym bardziej bać.
Tempo zdecydowanie osłabło
Wydawało się, że po dość dobrej pierwszej połowie z obu stron, pojawi się jeszcze więcej wolnych przestrzeni na boisku i otwartej gry. Niestety takiego czegoś nie dostaliśmy. Za to kontynuowana była twarda gra i granie nieco na stojąco. Bośniacy próbowali, lecz nie byli w stanie oddać celnego strzału. Za to Polacy próbowali na wszelakie sposoby, ale dalej nieskutecznie. Nie pomagały jakoś bardzo zmiany, środek pola zmniejszył intensywność grania, a Mateusz Żukowski w atakach był o wiele bardziej osamotniony. Jedni i drudzy pozwalali sobie na dość sporo, lecz nie za wiele konkretnego z tego wynikało. Spotkały się w poniedziałkowy wieczór dwie co najwyżej średnie europejskie drużyny. I tak sobie grały…
Po raz kolejny za kadencji Jana Urbana gramy dwie różne połowy. W pierwszej wyglądaliśmy nieźle, stwarzaliśmy zagrożenie i momentami graliśmy po prostu lepiej. Jednak im dalej w las po przerwie to zaczynaliśmy oddawać pole gry. Bośniacy nie byli specjalnie groźni, a my dodatkowo też specjalnie chętni do ataków nie byliśmy. Pachniało golem z niczego i taki dostaliśmy. W polu karnym faulował Jan Bednarek. Polski stoper sprokurował rzut karny, którego w 84. minucie na gola zamienił Ivan Basic.
Nie byliśmy już w stanie na tego gola odpowiedzieć. Przegraliśmy z Bośnią po tym, jak wcześniej z nią bezbramkowo zremisowaliśmy. Nie potrafimy tej klasy przeciwnikowi strzelić choćby jednego gola. Pozostaje nam chyba tylko utrzymanie się w dywizji B i ponowne pokonanie reprezentacji Rumunii. Z taką grą i chwiejnością nie mamy co nawet myśleć o potencjalnej walce o coś więcej. Miłe złego początki. Koniec zgrupowania, po którym nie za wiele dobrego możemy wyciągnąć na przyszłość.


