Arka Gdynia zakończyła poszukiwania następcy Marka Jarolíma. Nowym trenerem pierwszego zespołu został Tomasz Grzegorczyk, który doskonale zna gdyński klub i już raz przejmował drużynę w trakcie sezonu. Jego poprzedni bilans w Arce był znakomity – w 14 oficjalnych spotkaniach odniósł 11 zwycięstw. Teraz 45-letni szkoleniowiec wraca do Gdyni już nie jako rozwiązanie na kilka miesięcy, ale trener z kontraktem obowiązującym do 30 czerwca 2027 roku i opcją przedłużenia.
Arka oficjalnie potwierdziła zatrudnienie Grzegorczyka w niedzielę. Dla kibiców w Gdyni nie jest to nazwisko wymagające przedstawiania, bo trener pracował w klubie już od 2023 roku. Najpierw był asystentem Wojciecha Łobodzińskiego, a po jego odejściu pod koniec sierpnia 2024 roku przejął pierwszy zespół. To, co wydarzyło się później, jest dziś najmocniejszym argumentem przemawiającym za jego ponownym zatrudnieniem. Grzegorczyk poprowadził Arkę w 14 oficjalnych meczach, wygrał 11 z nich, jeden zremisował i dwa przegrał. W samej Betclic 1. Lidze jego bilans był jeszcze lepszy – dziesięć zwycięstw, remis i porażka w 12 spotkaniach, czyli średnio 2,58 punktu na mecz.
Wygrywał, ale Arka Gdynia i tak wybrała innego trenera
Historia poprzedniego pobytu Grzegorczyka w Gdyni była dość nietypowa. Już w październiku 2024 roku, kiedy Arka seryjnie wygrywała pod jego wodzą, klub ogłosił, że po zakończeniu rundy zespół przejmie Dawid Szwarga. Grzegorczyk kontynuował więc pracę przez kolejne tygodnie, mimo że wiedział, iż niezależnie od wyników w grudniu przestanie prowadzić drużynę. Nie wpłynęło to negatywnie na wyniki. Arka kończyła rundę jako jeden z najmocniejszych zespołów ligi, a Grzegorczyk pozostawił po sobie średnią 2,43 punktu na spotkanie we wszystkich rozgrywkach. Później Szwarga poprowadził gdynian do awansu do Ekstraklasy, natomiast Grzegorczyk rozpoczął kolejny etap kariery w Pogoni Szczecin. Najpierw był tam asystentem Roberta Kolendowicza. Po jego odejściu we wrześniu 2025 roku przez dwa spotkania tymczasowo prowadził pierwszy zespół, a następnie pozostał w sztabie nowego szkoleniowca Thomasa Thomasberga. Z Pogonią rozstał się w kwietniu 2026 roku.
Dwa lata później sytuacja w Gdyni ponownie zmusiła władze klubu do szukania trenera już po rozpoczęciu rozgrywek. Marek Jarolím został zatrudniony latem po spadku Arki z Ekstraklasy. Cel był jasny – zespół miał jak najszybciej wrócić na najwyższy poziom. Początek sezonu nie wyglądał źle, ale później wyniki zaczęły się pogarszać. W dziewięciu ligowych spotkaniach prowadzona przez Czecha Arka odniosła trzy zwycięstwa, dwa razy zremisowała i cztery razy przegrała. Szczególnie niepokojąca była końcówka jego pracy – pięć kolejnych meczów bez zwycięstwa i dwie porażki przed reprezentacyjną przerwą. Ostatnim spotkaniem Jarolíma była wyjazdowa przegrana 1:2 z Pogonią Siedlce.
Klub znajdował się wtedy dopiero na 12. miejscu i miał tylko dwa punkty przewagi nad strefą spadkową. Jak na drużynę, która po degradacji z Ekstraklasy miała walczyć o natychmiastowy powrót, sytuacja była zdecydowanie poniżej oczekiwań.
Grzegorczyk zamiast Kolendowicza
Na liście kandydatów pojawiało się kilka nazwisk. Media wymieniały między innymi Roberta Kolendowicza, Łukasza Becellę czy Aleksandara Vukovicia, choć w przypadku tego ostatniego jego przedstawiciel dementował informacje o prowadzonych rozmowach. Z czasem to właśnie Grzegorczyk zaczął być wskazywany jako najpoważniejszy kandydat. W jego przypadku lista argumentów jest dość oczywista. Zna klub, jego otoczenie i oczekiwania kibiców. Pracował już z częścią ludzi funkcjonujących w Arce i przede wszystkim ma za sobą jeden bardzo udany okres prowadzenia tego zespołu. Nie przychodzi więc do Gdyni wyłącznie dzięki znajomości środowiska, ale również z konkretnymi wynikami, do których klub może dziś wracać. Nie oznacza to jednak, że wystarczy odtworzyć rozwiązania z jesieni 2024 roku. Obecna Arka jest inną drużyną, po spadku przeszła dużą przebudowę kadry i znajduje się pod presją szybkiego powrotu do Ekstraklasy. Grzegorczyk przejmuje ją również w gorszym położeniu tabeli niż dwa lata temu.
Tym razem ma dostać więcej czasu
Najciekawszy w całej historii jest właśnie powrót do wydarzeń sprzed dwóch lat. Grzegorczyk praktycznie zrobił wtedy wszystko, czego można oczekiwać od szkoleniowca przejmującego zespół w trakcie sezonu. Wygrał 11 z 14 spotkań, wyciągnął drużynę w górę tabeli, a mimo tego z góry wiedział, że po zakończeniu rundy zastąpi go inny trener. Teraz Arka wraca do szkoleniowca, którego wcześniej pożegnała mimo bardzo dobrych wyników. Różnica jest zasadnicza – w 2024 roku Grzegorczyk przejmował zespół po odejściu Łobodzińskiego i miał przede wszystkim ustabilizować sytuację do momentu zatrudnienia docelowego trenera. Dziś to on jest wybranym przez klub rozwiązaniem.
Kontrakt do czerwca 2027 roku z opcją przedłużenia daje mu możliwość pracy dłuższej niż kilka jesiennych miesięcy. W Gdyni nie będą jednak długo czekać na efekty. Arka po spadku miała walczyć o powrót do Ekstraklasy, a po dziewięciu kolejkach znalazła się znacznie bliżej dolnej części tabeli niż miejsc premiowanych awansem. Dwa lata temu Tomasz Grzegorczyk zostawił Arkę z bilansem, który trudno było poprawić. Teraz wraca w momencie, gdy klub ponownie potrzebuje szybkiej poprawy wyników. Tym razem od niego zależeć będzie nie tylko to, jak Arka przetrwa najbliższe tygodnie, ale również czy wróci do walki o cel postawiony przed rozpoczęciem sezonu.



