To, że Widzew Łódź notuje słaby start nowego sezonu, to tak jakby nic nie powiedzieć. W środę podopieczni Aleksandara Vukovicia pożegnali się z rozgrywkami Pucharu Polski już na etapie pierwszej rundy. To sprawiło, że czarne chmury nad serbskim szkoleniowcem zaczęły się kłębić jeszcze bardziej. Do Serca Łodzi przyjechał Radomiak, który przed tygodniem przełamał się w lidze, pokonując Cracovię 2:1. W sobotnie popołudnie spotkały się zatem zespoły szukające formy i potrzebujące punktów.
Statycznie i bez polotu
Wydawało się, że Widzew będzie chciał grać na możliwie wysokiej intensywności. Dobrze wyglądało to momentami w poprzedniej kolejce przeciwko Lechowi Poznań. Na tle takiego rywala jak Radomiak i przy konieczności odniesienia pierwszego domowego zwycięstwa w sezonie nie można jednak grać tak ślamazarnie i przewidywalnie. Niemal wszystkie akcje gospodarzy przechodziły lewą stroną. Zarówno Mariusz Fornalczyk, jak i Mario García potrafili stworzyć zagrożenie, lecz ostatecznie brakowało postawienia kropki nad „i”. Wspomniani zawodnicy często szukali w środkowej strefie Frana Álvareza. Z kolei na drugim skrzydle nieźle prezentował się Stipe Biuk.
Radomiak czekał na swoje momenty i dobrze radził sobie przy zbieraniu drugich piłek. Podopieczni Tomasza Kaczmarka nie komplikowali swojej gry. Groźnie wyglądały przede wszystkim kontrataki i stałe fragmenty. W planie na rozmontowanie obrony Widzewa może nie było przesadnie dużo finezji, ale widać było konsekwencję i wiarę w proste środki. Widzewiacy grali natomiast bez większego pomysłu, a w wielu momentach wręcz „na stojąco”. Najwięcej zagrożenia ponownie stwarzał Mariusz Fornalczyk. Jego wola walki mogła imponować, ale podobnego zaangażowania brakowało u części jego kolegów. Tak grając trudno strzelać gole, a tym bardziej myśleć o regularnym wygrywaniu spotkań. W grze gospodarzy było za mało kreatywności, przyspieszenia i prób zrobienia czegoś nieprzewidywalnego. Radomiak z niezbyt skomplikowanymi pomysłami rywali radził sobie całkiem dobrze.
Próby strzelenia zwycięskiego gola
Trener Widzewa postanowił zareagować już w przerwie i zdecydował się na wpuszczenie Emila Kornviga. Serbski szkoleniowiec zamienił również skrzydłami Mariusza Fornalczyka i Stipe Biuka. Przyniosło to pewien efekt, bo z każdą kolejną minutą Widzew coraz mocniej naciskał na bramkę Filipa Majchrowicza. Nadal brakowało jednak najważniejszego – gola. Radomiak z czasem coraz głębiej wycofywał się pod własne pole karne. Czuć było, że jedno trafienie może rozstrzygnąć całe spotkanie. Widzew próbował, momentami zamykał przeciwnika na jego połowie, ale ostatecznie nie znalazł sposobu na defensywę zespołu z Radomia.
Łodzianie nie zdołali więc dobrać się do bramki Radomiaka. Drużyna Aleksandara Vukovicia po siedmiu kolejkach ma na koncie zaledwie jedno zwycięstwo – odniesione przeciwko Jagiellonii w Białymstoku. Wciąż czeka także na pierwszą wygraną przed własną publicznością. To kolejny wynik, który nie poprawia sytuacji serbskiego szkoleniowca. Jego pozycja nadal może budzić pytania, nawet jeśli władze klubu publicznie starają się tonować nastroje. Radomiak wywozi natomiast z Łodzi cenny punkt, na który swoją postawą zapracował. Z przebiegu spotkania i końcowego wyniku zdecydowanie bardziej zadowoleni mogą być goście.



