Mierzący się przy Alei Śląskiej Śląsk Wrocław i Raków Częstochowa nie grzeszyli skutecznością. Rozstrzygnięcia zapewne by nie było, gdyby najpierw pomocnej dłoni nie wyciągnął Irodotos Christodoulou. Zmotywowani stratą do nadrobienia Wojskowi dopięli swego rzutem na taśmę i odwrócili wynik. Zupełnie tak, jak przed tygodniem zrobił to z nimi Górnik Zabrze.
Zarówno Śląsk, jak i Raków w inauguracyjnej kolejce Ekstraklasy przegrali swoje mecze. Mieli więc odpowiednią motywację, aby tym razem zadowolić kibiców trzema punktami. Wrocławianie nie byli bez szans, bo tydzień temu prawie zaskoczyli Górnika Zabrze. Dodatkowym atutem wydawał się brak spotkania w środku tygodnia. Natomiast Medaliki rzecz jasna to zespół ligowej czołówki, zaprawiony w boju co trzy dni. Czekało nas ciekawe starcie.
Raków konkretniejszy, ale Śląsk nie odstawał
Gospodarze na początku doskoczyli do rywali, ale po akcji zakończonej ciekawą centrą Michała Rosiaka wycofali się, a Raków mógł koncentrować się na atakach pozycyjnych. Nabierał coraz więcej śmiałości, ale ogólnie miał sporo problemów z cofniętym przeciwnikiem. Nie panował nad środkiem pola, co napędzało kontrataki Wrocławian. Dyrygował nimi częst Piotr Samiec-Talar. Brakowało jednak odwagi w wykończeniu oraz ostatniego podania, przez co oddali do przerwy zaledwie 3 strzały. Natomiast w budowie akcji mogli się podobać. Zachowywali odpowiednią płynność. Laurką była klepka między Samcem-Talarem i Rosiakiem.
Częstochowianie nie prezentowali się nadzwyczajnie dobrze, ale swoje okazje wywalczyli. Wrocławianom zdarzały się chwile dekoncentracji. Najwięcej dobrego przynosiły poczynania Michaela Ameyaw. Jego koledzy jednak marnowali sytuacje. Mahir Emreli potrafił opanować piłkę pod naciskiem defensorów, sprytnie uderzyć po ziemi, ale wtedy wykazał się Karol Niemczycki. Dobitki po napastniku nie zdołał wpakować między słupki Ameyaw. Znakomitą szansę po wykorzystaniu wysokiego ustawienia przeciwnika, wykonującego rzut rożny, miał Tomasz Pieńko, ale znacznie chybił po urwaniu się i wpadnięciu w pole karne. Z bliska wrzutki odpowiednio nie przeciął Patryk Makuch.
Optycznie był to wyrównany mecz. Raków posiadał futbolówkę znacznie częściej, więcej razy uderzał na bramkę, lecz Śląsk też swoje wypady miał. Nie rozgrywał ich wystarczająco dobrze w samej trzeciej tercji.
Wystarczyła jedna szczęśliwa akcja
Tempo rywalizacji po przerwie zwolniło. Trener Dawid Kroczek chciał usprawnić grę formacji ofensywnej poprzez wprowadzenie Adina Molnara w miejsce Tomasza Pieńki, ale Węgier był anonimowy. Poza uderzeniem Ameyaw z rzutu wolnego nie działo się praktycznie nic pod bramką Niemczyckiego. Wojskowi zaś od czasu do czasu odpowiadali wyjściami, ale również niewiele potrafili zdziałać. Więcej czasu spędzali w obronie na własnej połowie.
Takie czyhanie Medalików w końcu się opłaciło. Podania Jeana Carlosa nie przeciął ani adresat Makuch, ani kryjący go Lamine Ba. Do piłki nie dopadł też Irodotos Christodoulou, który został wyprzedzony przez Emrelego. Azer przyjął ją, minął bramkarza i dopełnił formalności, trafiając do pustej bramki.
Śląsk zabrał się więc do odrabiania strat. Przejął inicjatywę, ale nic z tego nie wynikało. Choć zamykał Częstochowian, długo jedyną próbą w drugiej części gry była ta Luki Marjanaca z 51. minuty, posłana w trybuny. A gdy już udało się zaskoczyć przyjezdnych, przeszkodził albo spalony, albo Marjanac, który źle przyjął ciasteczko od wprowadzonego z ławki Malaly’ego Dembele. Częstochowianie z rzadka próbowali odpowiedzieć kontrą. Dwie najlepsze zmarnował jednak Molnar, dając się zatrzymać defensorom. Raz w ostatniej chwili Makucha zdołał zablokować Yehor Matsenko (tutaj już dobrze pociągnął atak Molnar).
Bardzo insiprujący był pokaz siły woli drużyny z Wrocławia. Choć niezbyt jej żarło, to nie ustawała w próbach zburzenia muru, w który bili głową. Piłkarscy bogowie tym razem nagrodzili postawę podopiecznych Ante Simundzy. Po centrze Samca-Talara Dembele zmusił Niemczyckiego do gimnastyki. Z tą próbą golkiper sobie poradził, ale dobitki Marjanaca nie zdołał interweniować. Gospodarze poszli po pełną pulę i… zgarnęli ją. Zagościli na dłużej w polu karnym, Mokrzycki znalazł niekrytego Samca-Talara, a ten spokojnie dał prowadzenie swojej ekipie.



