Legia Warszawa – Marek Papszun tym razem nie w roli strażaka

Być może to kwestia niedawnych mistrzostw świata, ale wakacyjna przerwa przy Łazienkowskiej przebiegła względnie spokojnie. To dobrze, bowiem Legia Warszawa nie potrzebuje kolejnego efektownego „nowego otwarcia”. W ostatnich latach było ich wystarczająco dużo, a każde rozpoczynało się od wielkich deklaracji i miało zakończyć odzyskaniem mistrzostwa Polski. Tym razem punkt wyjścia jest inny. Marek Papszun nie obejmuje rozbitego zespołu kilka tygodni przed rozpoczęciem rozgrywek. Ma za sobą pół roku pracy, przeprowadzoną selekcję i pierwszy pełny okres przygotowawczy. W dodatku po raz pierwszy od dawna Legia może skoncentrować się wyłącznie na krajowym podwórku. To jasny sygnał – to będzie zespół, który może mierzyć wysoko.

Legia Warszawa ugasiła pożar, teraz czas mierzyć wysoko

Poprzedni sezon był jednym z najbardziej chaotycznych w nowożytnej historii klubu. Legia rozpoczęła rozgrywki pod wodzą Edwarda Iordănescu, później drużynę tymczasowo prowadził Iñaki Astiz, a po serii fatalnych wyników zespół znalazł się nawet w strefie spadkowej. Papszun przejął drużynę zimą i nie dokonał cudu z dnia na dzień, ale szybko przywrócił jej podstawową organizację. W 16 ligowych spotkaniach prowadzona przez niego Legia odniosła osiem zwycięstw, zanotowała sześć remisów i poniosła tylko dwie porażki. Zdobyła 30 punktów, co dało średnią 1,88 punktu na mecz. Przez dziesięć kolejnych spotkań pozostawała niepokonana, a sezon zakończyła czterema zwycięstwami z rzędu. Z walki o utrzymanie przesunęła się na szóste miejsce i do ostatnich minut zachowywała szansę na europejskie puchary. Ostatecznie zabrakło jej jednego punktu.

Szósta pozycja była wynikiem wyraźnie poniżej możliwości i budżetu klubu. Legia zdobyła tylko 49 punktów, czyli o 11 mniej od mistrzowskiego Lecha Poznań. Szczególnie niepokojący był dorobek ofensywny. Warszawianie strzelili 42 gole, mniej między innymi od Radomiaka, Motoru Lublin, Pogoni Szczecin oraz broniącej się przed spadkiem Lechii Gdańsk. Jednocześnie stracili zaledwie 37 bramek – najmniej spośród wszystkich zespołów Ekstraklasy. Poprzednie rozgrywki jasno pokazały więc, w którym miejscu drużyna potrzebowała największych zmian.

Drużyna Papszuna, a nie zbiór przypadkowych transferów

Latem odeszło z Legii trzynastu zawodników. Klub pożegnał między innymi Kacpra Tobiasza, Radovana Pankova, Juergena Elitima, Jeana-Pierre’a Nsame, Patryka Kuna, Ermala Krasniqiego, Claude’a Gonçalvesa oraz Artura Jędrzejczyka. Kacper Urbański trafił do Górnika Zabrze, a Jan Leszczyński przeniósł się do Borussii Mönchengladbach. Najbardziej odczuwalna może być strata Elitima. Kolumbijczyk był jednym z nielicznych pomocników potrafiących przenosić piłkę między formacjami. Sam Papszun określił go zresztą najlepszym zawodnikiem Legii w poprzedniej rundzie. Odejście Pankova również nie jest obojętne. Serb rozegrał w Warszawie 100 meczów i nawet w słabszym okresie drużyny był wyróżniającą się postacią. Sposób uzupełniania kadry pokazuje jednak, że trener miał istotny wpływ na transfery.

Zoran Arsenić przez niemal pięć lat pracował z Papszunem w Rakowie. Zna wymagania szkoleniowca, nie będzie potrzebował kilku miesięcy, żeby zrozumieć swoją rolę. Do tego ma 175 występów w Ekstraklasie, doświadczenie z europejskich pucharów oraz pięć krajowych trofeów zdobytych z Rakowem. Oczywiście, nie jest to raczej Arsenić z najlepszych czasów gry w Częstochowie, ale nadal powinien mieć sporo do zaoferowania. Inny profil reprezentuje Robert Deziel Junior. 21-letni Amerykanin trafił do Warszawy z rezerw Bayernu Monachium, wcześniej szkolił się również w Realu Madryt i Celcie Vigo. Poprzedni sezon spędził regularnie na czwartym poziomie rozgrywkowym, ale w sparingach szybko zwrócił na siebie uwagę, a przeciwko Radomiakowi zdobył bramkę.

Defensywa może stać się najmocniejszą formacją Legii, jednak im dalej od bramki, tym większe obawy

Mileta Rajović wystąpił w 43 spotkaniach wszystkich rozgrywek, ale zdobył tylko dziewięć goli. Antonio Čolak zakończył sezon z czterema trafieniami, a Rafał Adamski – z czterema. Nsame strzelił dziesięć ligowych bramek, lecz latem odszedł do Pogoni Szczecin. Odpowiedzią ma być Łukasz Zjawiński. Jego transfer może wydawać się mniej efektowny od sprowadzania zagranicznych napastników za kilka milionów euro, ale ma logiczne podstawy. Zjawiński w dwóch kolejnych sezonach przekraczał granicę 20 bramek na poziomie I ligi. Dobrze czuje się w polu karnym, pracuje bez piłki i potrafi atakować przestrzeń za obrońcami. W trakcie przygotowań dwukrotnie trafił przeciwko Hapoelowi Beer Szewa.

Istotnym transferem jest także Michal Ševčík. Czech został wypożyczony ze Sparty Praga po sezonie, w którym w barwach Mladej Boleslav rozegrał 36 spotkań, zdobył 11 bramek i zaliczył trzy asysty. Najlepiej funkcjonuje jako ofensywny pomocnik, ale może również występować jako jedna z dwóch „ósemek” albo schodzić do środka ze skrzydła. W debiutanckim sparingu z Radomiakiem potrzebował niewiele czasu, aby wpisać się na listę strzelców. To ważne, bo Legia potrzebuje bramek nie tylko od napastnika. Bartosz Kapustka, Wahan Biczachczjan, Kacper Chodyna i Wojciech Urbański nie gwarantowali wcześniej wystarczających liczb. Papszun dysponuje dużą liczbą zawodników mogących występować za napastnikiem, ale musi stworzyć z nich układ, który będzie regularnie produkował sytuacje. Ševčík może być brakującym elementem, lecz jego dobre statystyki z Czech dopiero muszą przełożyć się na Ekstraklasę.

Brak europejskich pucharów zmienia perspektywę

Nieobecność Legii w Europie oznacza utratę istotnych przychodów i konieczność ograniczenia sportowego budżetu. Klub nie może prowadzić kolejnego okna tak, jakby kwalifikacja do fazy ligowej rozgrywek UEFA była formalnością. Z tego powodu część ruchów wykonano bez płacenia wysokich kwot odstępnego, a kadrę uzupełniono zawodnikami wracającymi z wypożyczeń oraz wychowankami. Jednocześnie Papszun nie potrzebuje przesadnie szerokiej kadry. Legia rozegra jesienią znacznie mniej meczów niż Lech, Górnik, Jagiellonia, Raków czy GKS Katowice, jeżeli polscy pucharowicze skutecznie przejdą eliminacje. Warszawianie będą mieli pełne tygodnie na regenerację i trening. Dla szkoleniowca przywiązującego dużą wagę do organizacji, powtarzalności oraz przygotowania taktycznego może to być ogromna przewaga.

Optymizm generuje udany okres przygotowawczy. Legia wygrała pięć z siedmiu sparingów, remisując 2:2 z rezerwami 1. FC Nürnberg i przegrywając na zakończenie 0:2 z Arisem Limassol. Pokonała między innymi Bayern II, Hapoel Beer Szewa, AS Trenčín oraz Radomiaka. Wyników meczów kontrolnych nie należy przeceniać, ale warto zauważyć, że w kilku spotkaniach bramki zdobywali nowi lub młodzi zawodnicy: Zjawiński, Deziel, Ševčík, Rafał Adamski i Jakub Żewłakow. Latem zmieniła się również struktura pionu sportowego. Pełną odpowiedzialność przejął Fredi Bobić, dyrektorem skautingu i rekrutacji został Piotr Zasada, a Marek Papszun odpowiada za budowę drużyny oraz przygotowanie sportowe. Przynajmniej na poziomie formalnym kompetencje zostały więc wyraźniej rozdzielone niż wcześniej.

Legia Warszawa nie jest faworytem, ale będzie celować w mistrzostwo

Legia nie rozpoczyna sezonu jako faworyt ligi, ma jednak trenera, który wiosną uporządkował drużynę, najlepszy wynik defensywny poprzednich rozgrywek, mocną obsadę środka obrony oraz brak dodatkowego obciążenia europejskimi pucharami. To wystarczająco dużo, aby wymagać walki o czołowe miejsca. Kolejny sezon zakończony kilkanaście punktów za mistrzem trudno byłoby uznać za etap przebudowy. Największą niewiadomą pozostaje ofensywa. Jeżeli Zjawiński przeniesie skuteczność z I ligi na poziom Ekstraklasy, Ševčík zapewni liczby z drugiej linii, a Rajović zacznie wykorzystywać sytuacje odpowiednio do swojej ceny, Legia może realnie walczyć o tytuł. Jeżeli zespół ponownie będzie zdobywał średnio niewiele ponad jedną bramkę na spotkanie, nawet najlepsza organizacja Papszuna nie wystarczy.

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img