Reprezentacja Polski to organizm w stanie wegetatywnym [OPINIA]

Przez całe zgrupowanie próbowałem wyrobić swoją opinię na temat naszej reprezentacji. Zabrałem się za to, jak należało – rzecz jasna najpierw zapoznałem się z opinią znajomych, by potem sięgnąć po opinie ekspertów, zarówno tych z dużych mediów, jak i tych bardziej wyrazistych z platformy X.  I co? I no nie wiem. Nie wiem, jak interpretować sytuację naszej kadry.

Łatwiej będzie mi opisać to, co czuję. A towarzyszy mi zawód – nie tylko tym splotem wydarzeń za kadencji Jana Urbana. Bo to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Problem z kadrą stał się zwyczajnie wielopłaszczyznowy, a każda z owych płaszczyzn nachodzi na siebie. 

Ryba psuje się od głowy

To przede wszystkim wynik wielu lat działania po omacku – czy to złych nominacji selekcjonerskich, czy braku spójności przy tych wyborach dokonywanych przez Cezarego Kuleszę. Do pierwszej kategorii zaliczają się przede wszystkim Fernando Santos oraz Michał Probierz. Choć wiemy to dopiero po fakcie, to w przypadku portugalskiego szkoleniowca nieodpowiednio przekalkulowano potencjalne ryzyko zatrudnienia trenera zasłużonego, lecz wypalonego (lub w ogóle o tym ryzyku nie pomyślano). Probierz zaś dawno znajdował się poza szkoleniową czołówką w naszym kraju i na radarze pozostawał tylko przez prowadzenie kadry U-21. 

Patrząc zaś całościowo, miotaliśmy się od koncepcji, do koncepcji. Ofensywny, nieco radosny futbol Paulo Sousy, defensywny, tchórzliwy wręcz i cofający nas do średniowiecza styl Czesława Michniewicza, równie przestarzałe idee Santosa, a ostatnio selekcjonerzy, dla których jednym z głównych celów, oprócz stworzenia zespołu grającego atrakcyjnie dla oka, było też podbudowanie mentalne kadrowiczów – Probierz zostawił po sobie pożar, a Jan Urban nie pomaga sobie różnymi medialnymi wypowiedziami na temat własnych wyborów, nawet jeśli jest w nich jakaś logika (jeszcze ją dostrzegam w części przypadków).

Wina za taki stan rzeczy spoczywa na prezesie Kuleszy i jego otoczeniu. PZPN stał się cyrkiem, którego program nieustannie aktualizuje się o nowe numery. W tej instytucji afera goni aferę, a to wszystko w rytm „zizu zi zizu za”. Skoro u góry trwa bal i głowa związku nie potrafi ogarnąć całego bałaganu, jak ma poukładać od strony organizacyjnej reprezentację? Możemy rozmawiać o tym, czy dany szkoleniowiec nadaje się na stanowisko, skupiać się na taktyce, formacji, selekcji zawodników, ale dopóki brakuje ciągłości projektów, a poszczególni selekcjonerzy szybko tracą zaufanie pracodawcy przez słupki popularności, dopóty te dyskusje pozostają jałowe.  

My też jesteśmy winni

Atmosfera, jaką otacza się reprezentacja Polski, to też skutek przeżarcia naszego rodowitego środowiska piłkarskiego frustracją, irytacją, złością, a także wyczerpaniem się cierpliwości oraz wreszcie bezsilnością. Stworzyliśmy piekiełko, w którym poruszamy się od skrajności, do skrajności – czego najświeższym przykładem jest chociażby to, co działo się z opinią publiczną po fantastycznym zwycięstwie z Rumunią, i to, co dzieje się po porażce z Bośnią i Hercegowiną. Najpierw pojawił się hurraoptymizm, następnie defetyzm.

Prawda przecież leży po środku. W tym momencie musimy przyporządkować się do szufladki europejskich średniaków. Prezentujemy futbol średni, na dobrą pogodę. Kiedy w meczach pojawiają się trudności, najczęściej jesteśmy weryfikowani negatywnie. Nie znaczy to oczywiście, że powinniśmy prezentować mentalność średniaka. Przeciwnie, dzięki aspiracjom można wzlatywać na swoje wyżyny. Tym grzeszy trener Urban – jak Michniewicz implementuje w nas i naszych piłkarzach kompleksy, mimo że na boisku faktycznie chce mieć odważną reprezentację (w przeciwieństwie do autora awansu do fazy pucharowej mundialu w Katarze).

Natomiast nasz sentyment za kadrą Adama Nawałki stał się toksyczny. W efekcie regularnie gnębimy naszych reprezentantów. „Niekochani” przestało być wzbudzającym śmiech przymiotnikiem, a zaczęło stanowić przydomek polskiej kadry narodowej. Nie dziwi mnie, że taki Jan Bednarek w klubie i w barwach narodowych to dwaj różni zawodnicy. Trudno mi wskazać bardziej zahukanego kadrowicza niż on. Zasłużona krytyka jest potrzebna, ale ma swoje granice. Tyczy się to również innych biało-czerwonych. Tylko tym potrafię wytłumaczyć popełnianą przez nich masę błędów oraz nieregularność w obrębie jednego spotkania. Co z tym zrobić? Nie sądzę, aby permanentne skreślenie niektórych nazwisk, skazanie ich na banicję, przyniosło coś dobrego, bo byłoby jedynie odłożeniem problemu na później i zrzuceniem ciężaru na nowe pokolenie.

Żeby nie było nieporozumień – nie na nas spoczywa odpowiedzialność za wyniki. Koniec końców jesteśmy tylko odbiorcami. Ale jednak współtworzymy organizm, który nazywa się „reprezentacja Polski”. Nas także toczy choroba – tak samo, jak pozostałe organy, czyli PZPN oraz pion sportowy. Niewydolność każdego z nich wpływa na pozostałe części owego organizmu. Należałoby uzdrowić wszystkie organy, aby wszystko działało sprawnie. Do tego czasu biało-czerwoni będą jedynie wegetować.

Podobne

AUTOPROMOCJA Masz dziecko w wieku 7–18 lat? Sprawdź bezpłatną grę edukacyjną Misja: Bezpieczni →