Raków Częstochowa mimo fatalnej serii nie bał się spadku? No to teraz to widmo zagląda coraz śmielej w oczy. GKS Katowice w przyjechał pod Jasną Górę i wziął, co swoje. Bartosz Nowak wciąż czaruje, a defensywa Medalików udaje zaczarowaną. Taka gra na alibi może się skończyć poważnymi tarapatami.
Wejście w mecz było bardzo słabe. Problemy z rozegraniem piłki piłkarzy Rakowa były przyczyną do oskrzydlających ataków rywali. GKS Katowice bez problemu przebijał się czy to dzięki grającemu na lewej Mateuszowi Wdowiakowi, czy biegającemu po przeciwległej flance Marcinowi Wasielewskiemu. Zależnie od potrzeby pomagali dwóm wahadłowym rotujący się pozycjami Bartosz Nowak i Marcel Wędrychowski. GieKSa mogła prowadzić 1:0, gdy Ilya Shkurin celnie główkował po wygraniu pozycji, lecz Kacper Trelowski utrzymał piłkę w boisku. Niedługo później znane wszystkim bolączki defensywne – czyli bierność – wykorzystał Białorusin przy pomocy Nowaka. Napastnik Katowiczan najpierw bez żadnej presji opanował piłkę, a następnie zagraniem na jeden kontakt z kapitanem ograł całą linię defensywną. Słodkim finiszem okazał się lobik nad bramkarzem. Obrońcy Rakowa mogą się pochwalić, bo z lepszej perspektywy obejrzeć się tego nie dało. A oni idealnie odegrali role obserwatorów.
Stracony gol podziałał na Raków jak płachta na byka. Taka najbardziej czerwona płachta. Wkurzył się Patryk Makuch, bo na kim innym w Częstochowie mogliby polegać. Karol Struski wypracował akcję, podanie Jerzego Napieraja wybijał Mateusz Kowalczyk, lecz piłka trafiła pod nogi atakującego Częstochowian, który uderzył ile sił miał w nodze. Strzał od poprzeczki wpadł do bramki Gabriela Kobylaka.
Do końca połowy z ofensywnego podmuchu korzystali gospodarze. GKS musiał się bronić przed oblężeniem, niekiedy bywali w naprawdę sporych tarapatach. Kobylak jednak nie dał się zaskoczyć strzałem Makucha z dystansu, obrońcy w wielu sytuacjach wyręczali go z roboty, a Jean Carlos przed przerwą zmarnował bardzo dobrą okazję, nietrafiając w ogóle w bramkę.
Znów GKS Katowice miał głos
Końcówka była więc impulsem do działania. Wykorzystanie przewagi mogło dać kolejnego gola i pomóc w przechyleniu szali na swoją stronę. Antybohaterem został Jean Carlos, który zaraz po powrocie na boisko sprokurował rzut karny. Jego zagranie ręką zostało uznane przez arbitra Damiana Kosa za „blokujące”, a nie „podpierające” ze względu na odległość od zagrywającego Wędrychowskiego. Do ustawionej na jedenastym metrze piłki podszedł Nowak i podcinką trafił do siatki. Ogromny spokój piłkarza, który jest za słaby na kadrę.
Raków się rozsypał, a niedługo później dostał kolejny cios ogłuszający. Marko Bulat stracił piłkę na swojej połowie po dobrym pressingu Wędrychowskiego. Zagarnął ją Kowalczyk i pobiegł na bramkę Trelowskiego. Zachęcony brakiem reakcji ze strony Stratosa Svarnasa młodzieżowy reprezentant Polski wpadł więc w pole karne, zszedł na lewą nogę i dobrze wykończył cały atak. Bierność ukazała się po raz kolejny.
Trener Kaczmarek nie miał na co czekać i przyszykował potrójną zmianę. Dzięki jednej z roszad udało mi się w ogóle przypomnieć, że na boisku przebywał Mahir Emreli. Wejście Adina Molnara czy Adama Basse nieco pomogło w zaktywizowaniu działań ofensywnych, lecz nastawianie się na wielki powrót do meczu i walka o punkty było jak marzenie o utopijnym świecie bez wojen. Bliżej gola wciąż była GieKSa, która choć spuściła z tonu, to groziła palcem przy użyciu kontrataków. Nawet Shkurin zamarzył o golu z bardzo dalekiej odległości, gdy zauważył wysuniętego Trelowskiego. Odnotować też warto zmarnowaną okazję Oskara Repki, który mając piłkę w zasięgu gdzieś na piątym metrze, oddał niemrawy strzał (o ile można to nazwać pełnoprawnym uderzeniem). Skończyło się w najbardziej klasyczny dla GKS-u sposób. Nowak ustawił piłkę do rzutu wolnego, posłał ją w pole karne, a Borja Galan zdobył gola głową. Tylko tyle, albo aż tyle. Ofensywny pomocnik Katowiczan po powrocie klubowego futbolu ponownie pokazał, że mocnych na niego nie ma.


