Radomiak Radom od początku września jest w sporym kryzysie. Przez ostatnie 1,5 miesiąca wygrał jedynie dwa mecze – sparing w przerwie reprezentacyjnej i mecz z trzecioligowymi rezerwami Korony Kielce. W międzyczasie przytrafił mu się jeden remis, a aż czterokrotnie mecze kończyły się porażkami. Po kolejnej, piątej przegranej coraz wyraźniej widać, że złe wyniki to nie kwestia pecha czy chwilowej zadyszki. Zespół prowadzony przez Johna Carvera ma spore problemy, dość wyraźnie widoczne na tle Wisły Płock, która wykorzystała je, wygrała 1:0 i zgarnęła komplet punktów.
1. Wisła mocna zwłaszcza na prawym skrzydle
Wisła Płock była w tym meczu stroną dominującą i to pod wieloma względami. Gdyby jednak próbować wymieniać wszystkie aspekty wyższości drużyny gospodarzy, zacząć należałoby od bardzo groźnego w ofensywie prawego skrzydła. Był tam ustawiony świetnie dryblujący i dośrodkowujący Samuel Akere, którego rajdów niemalże nie dało się zatrzymać. Ponadto, zawsze mógł on liczyć na wsparcie ze strony nieco bardziej cofniętego i operującego bliżej środka pola Žana Rogelja. Obaj panowie wspaniale się rozumieli i tworzyli absolutnie najlepszy duet na boisku. Przeciwległe skrzydło z Patrykiem Kunem i Dionem Gallapenim też nie zawodziło, ale i tak było widać pewne dysproporcje w ich dyspozycji.
2. Uzasadnione pretensje Majchrowicza
Wisła dawała swoim kibicom nie tylko powody do nadziei, ale i do czystej piłkarskiej radości. Pierwszy z nich nadszedł już w 15. minucie, czyli po wyjściu podopiecznych trenera Adama Majewskiego na prowadzenie. Dokonał tego Jurica Pršir, ale tak naprawdę gola należy przypisać tylko częściowo jemu. Równie mocno przyczyniła się do niego bowiem załamująca defensywna bierność Radomiaka. Ekipa z południowej części województwa mazowieckiego nie zachowywała się jak monolit, lecz jak zbitka wzajemnie niezainteresowanych sobą formacji. Pomocnicy i napastnicy dali się minąć i wydawali się kompletnie niezaangażowani, a obróncy jakby nie zdawali sobie sprawy z zagrożenia i beztrosko pozwalali piłce tkwić tuż przed własną bramką, czekając aż ktoś do niej dopadnie.
Właśnie z tego powodu tuż po trafieniu tak niepocieszony był pokonany bramkarz, Filip Majchrowicz. Trudno oczekiwać od niego udanej interwencji, gdy wcześniej cała drużyna nawet nie stara się przeszkodzić przeciwnikom i pozwala im bez trudu przenieść się aż pod samo pole karne. Jasne, rola bramkarza poniekąd polega na ratowaniu zespołu w sytuacjach kryzysowych. Nie oznacza to jednak, że do takowych można bezkarnie doprowadzać własnym gapiostwem. Tak postępujący Radomiak został skarcony, a pretensje golkipera można uznać za w pełni zrozumiałe i uzasadnione.
3. Radomiak mógł przegrać dużo wyżej
W obliczu niekorzystnego rezultatu Radomiak próbował zmienić coś w swojej grze i odrobić stratę. Najczęściej kończyło się jednak na dobrych chęciach, z których nie wynikało nic wielkiego czy szczególnie obiecującego. Bliżej kolejnych trafień była raczej Wisła, która przy tylko nieco innym scenariuszu mogłaby wygrać nawet 3:0. Raz nawet strzeliła gola, ale sędzia nie uznał go ze względu na popełnione przewinienie. W innej sytuacji piłka odbiła się od poprzeczki i wróciła na pole gry. Można więc powiedzieć, że to Płocczanie nadal dawali z siebie wszystko, a ich rywale z Radomia raczej zapracowywali sobie na jeszcze większą krytykę.
W efekcie Guilherme Luiz wciąż głównie leżał na murawie i na różne sposoby wyrażał swoje niezadowolenie, a Christos Donis raz za razem niepotrzebnie spowalniał grę. Takie zarzuty można byłoby mnożyć pod adresem kolejnych zawodników, gdyż równie mocno rozczarowali chociażby Luquinhas, Roberto Alves czy Jan Grzesik. Radomiak był po prostu drużyną ze słabą niską jakością i organizacją, by móc podjąć równą walkę z Nafciarzami. Jakiekolwiek większe przebudzenie przyjezdnych nastąpiło dopiero w samej końcówce, na kilka minut przez ostatnim gwizdkiem arbitra. Wtedy było już za późno i losów spotkania nie udało się zmienić.


