PO TOPOLSKU #4: Papszunalizacja to zagrożenie? Marek Papszun i jego rola w polskim futbolu

Słowo „papszunalizacja” brzmi jak kreatywny neologizm piłkarski czy jakaś choroba, która opanowuje futbol. A jest to nic innego jak połączenie nazwiska trenera Marka Papszuna, z pojęciem takim jak personalizacja, racjonalizacja czy po prostu analiza taktyczna. Często też używany w formie „papszunizacja” nie ma jednego, konkretnego autora. Tak naprawdę narodził się on dość naturalnie w społeczności kibiców na portalu X oraz w środowisku dziennikarskim. Powstał jako żartobliwe określenie specyficznego sposobu budowania drużyny i zarządzania klubem przez Marka Papszuna. Przyjrzyjmy się bliżej życiorysowi szkoleniowca oraz temu dlaczego o prowadzeniu przez niego zespołów tak dużo się mówi i to niekoniecznie pozytywnie.

Trudne a zarazem ciekawe początki

Marek Papszun to trener, którego droga na szczyt polskiego futbolu była całkowicie nieszablonowa. Zanim został zawodowym szkoleniowcem, przez wiele lat łączył pracę na boisku z etatem nauczyciela historii i wychowania fizycznego w szkołach w Ząbkach i Warszawie. Sam nie był wybitnym piłkarzem – grał na pozycji pomocnika w zespołach z niższych klas rozgrywkowych. Taką samą drogę wybrał jako trener. Szlifował swój warsztat w klubach z Mazowsza. Prowadził m.in. Dolcan Ząbki (zespoły młodzieżowe), GKP Targówek, KS Łomianki oraz Legionovię Legionowo (z którą awansował do drugiej ligi) i Świt Nowy Dwór Mazowiecki. Dał się poznać jako trener o niezwykle twardym charakterze, ogromnym rygorze taktycznym i bezkompromisowym podejściu do dyscypliny.

Zatem początki Marka Papszuna to klasyczna historia o determinacji, etosie ciężkiej pracy i wychodzeniu z cienia nizin polskiego futbolu. Zanim trafił na salony Ekstraklasy, przez niemal 15 lat łączył pasję trenerską z pracą na pełen etat w szkołach. Do legendy przeszły opowieści o tym, jak wyrozumiała dyrekcja szkoły układała plan zajęć tak, by młody nauczyciel kończył lekcje w piątki o 11:15 i mógł zdążyć dojechać na mecz swojej drużyny w trzeciej czy czwartej lidze. Na boisku jako piłkarz dorobił się przydomku „Rzeźnik z Kobyłki”. Dlatego, że grał jako bezwzględny, twardy obrońca, co idealnie odzwierciedla jego późniejszy charakter trenerski. Pnąc się po szczeblach w mazowieckich klubach, takich jak KS Łomianki czy Legionovia Legionowo, wypracowywał unikalne, wręcz korporacyjne metody zarządzania ludźmi, które zaszokowały polską piłkę. Co by nie mówić – doprowadziły go na szczyt i na pozycję o jakiej wielu polskich trenerów może tylko pomarzyć.

Życiowa szansa i budowanie po swojemu

18 kwietnia 2016 roku kariera szkoleniowca zaczęła rozkwitać. Jednak nie było na początku łatwo. Właściciel firmy x-kom, Michał Świerczewski, zatrudniał Papszuna w drugoligowym wówczas Rakowie. Kibice podchodzili do tego z dużym dystansem – drwiono, że klubem ma dowodzić „nauczyciel historii”. Świerczewski miał jednak precyzyjny plan – szukał architekta projektu, a nie strażaka. Papszun dostał pełną władzę i czas, co w polskich realiach jest rzadkością. To właśnie wtedy rozpoczął się trwający 7 lat projekt, który zrewolucjonizował polską piłkę. Trzeba przyznać, że szkoleniowiec miał nietypowe podejście do pracy. Widoczna była przeszłość szkolna, a dokładniej ta na płaszczyźnie nauczania. Proces budowania potęgi Rakowa opierał się na kilku bezkompromisowych filarach.

Zanim jakikolwiek piłkarz podpisał kontrakt z Rakowem, musiał przejść przez osobiste sito Papszuna. Trener nie patrzył tylko na umiejętności techniczne. Przeprowadzał z zawodnikami długie, głębokie rozmowy przypominające rekrutację w korporacji. Sprawdzał ich mentalność, odporność psychiczną oraz inteligencję. Piłkarze nieskoncentrowani, oczekujący łatwego zarobku lub tzw. „miękkie fajki” (jak mawiano w środowisku) byli skreślani na starcie. Szkoleniowiec zdawał sobie sprawę z tego, że nie zrobi sukcesu, gdy w drużynie nie będzie jedności i popierania jego wizji. Czarnych owiec nie szukano.

Papszun przeniósł pedagogiczne nawyki do szatni piłkarskiej. Zawodnicy po meczach i treningach otrzymali surowe oceny, a od niektórych wymagał pisania… raportów z samokontroli i analizy własnych błędów. Każdy element dnia piłkarza – od diety, przez regenerację, po realizację mikrotaktyki na boisku – był monitorowany. Wprowadził system kar za najmniejsze spóźnienia czy brak zaangażowania.

Papszun od pierwszych dni w drugiej lidze uparł się na system z trójką obrońców i wahadłowymi (głównie 3-4-2-1). W 2016 roku w Polsce uchodziło za taktyczny egzotyzm. Zamiast kupować „nazwiska”, Raków kupował piłkarzy pod konkretny profil taktyczny trenera. Jeśli Papszun potrzebował wahadłowego, skauci musieli znaleźć zawodnika, który potrafi przebiec w sprincie określony dystans i ma odpowiednią powtarzalność dośrodkowań. Piłkarze, którzy nie potrafili zaadaptować się do tego rygoru w ciągu kilku miesięcy – bez żalu byli przesuwani do rezerw lub sprzedawani.

Pokazanie swojej wartości

W Rakowie Papszuna nikt nie był ważniejszy niż system. Gwiazdy drużyny (jak choćby Ivi Lopez w późniejszych latach) musiały pracować w pressingu tak samo ciężko, jak obrońcy. Papszun stworzył maszynę, w której zmiana jednego ogniwa nie psuła całego mechanizmu. Drużyna grała najbardziej agresywnym, powtarzalnym i duszącym pressingiem w Polsce.

Pierwsze efekty przyszły już w 2017 roku wprowadził Raków do pierwszej ligi, a w 2019 roku wywalczył historyczny awans do Ekstraklasy. Jako beniaminek Raków rzucił wyzwanie krajowym potęgom. Papszun stworzył unikalny system gry z trójką obrońców i niezwykle intensywnie grającymi wahadłowymi. Pod jego wodzą klub dwukrotnie zdobył Puchar Polski (2021, 2022), dwa Superpuchary oraz dwa wicemistrzostwa kraju. W sezonie 2022/2023 osiągnął absolutny szczyt, zdobywając z Rakowem pierwsze w historii klubu Mistrzostwo Polski. Zatem ten opisywany żelazny plan przyniósł upragniony efekt – Raków w 7 lat przeszedł drogę od meczów z Gryfem Wejherowo w drugiej lidze do spotkań o Ligę Mistrzów i Mistrzostwa Polski w 2023 roku.

Po tym sukcesie, będąc na samym szczycie, niespodziewanie ogłosił odejście z klubu, chcąc odpocząć i poczekać na nowe wyzwania. Sama decyzja o odejściu z Rakowa Częstochowa w maju 2023 roku – tuż po wywalczeniu historycznego Mistrzostwa Polski – była dla kibiców szokiem. Trener uznał jednak, że po siedmiu latach skrajnie intensywnej pracy potrzebuje resetu, a projekt osiągnął swój sufit. Rozpoczął się wtedy fascynujący, roczny okres bezustannych spekulacji medialnych, w którym Papszun stał się „najgorętszym bezrobotnym nazwiskiem” w polskim futbolu.

Trener się przeliczył i wrócił do swojego miejsca na ziemi

Marek Papszun nie zamierzał brać pierwszej lepszej oferty. Podpisał kontrakt z renomowaną zagraniczną agencją menedżerską, regularnie pojawiał się w mediach jako ekspert telewizyjny i cierpliwie czekał na projekt, który sprosta jego wymaganiom. Przez 12 miesięcy jego nazwisko przewijało się w kontekście potężnych marek. Gdy PZPN zwalniał najpierw Fernando Santosa, a później ważyły się losy kadry, Papszun był absolutnym faworytem kibiców. Odbył oficjalne rozmowy z Cezarym Kuleszą. Ostatecznie federacja postawiła jednak na Michała Probierza, co dla wielu było zaskoczeniem. Szkoleniowiec później w wywiadach nie deklarował ewidentnej złości, lecz było po nim widać, że odczuwa żal i niechęć do całej tej sytuacji. Wielu uważało, że wygrało najprawdopodobniej „kolesiostwo”, a Papszun został wykorzystany w grze mającej na celu uspokojenie opinii publicznej. Michał Probierz od dawna miał być „pewniakiem” na nowego selekcjonera.

Jednak nie samą reprezentacją człowiek żyje, a nazwisko Marka Papszuna podróżowało wówczas dalej po mediach. Architekt sukcesu Rakowa przyciągał uwagę klubów szukających twardej ręki. Najgłośniej było o konkretnym zainteresowaniu ze strony Olympiakosu Pireus, a w mediach przewijały się też zapytania z klubów m.in. z ligi czeskiej (Slavia Praga), greckiej czy izraelskiej. Papszun odrzucał oferty, które nie gwarantowały mu pełnej kontroli nad pionem sportowym. Trener ewidentnie się przeliczył. Myślę, że uważał, iż mistrzostwo Polski znaczy o wiele więcej. Po jego zdobyciu wierzył, że spłynie do niego szereg ofert z topowych europejskich klubów czy federacji. Tak nie było, a jak już dochodziło do czegoś poważniejszego na papierze, to ostatecznie chodziło tylko o zainteresowanie i bycie na potencjalnej liście kandydatów. Zatem trener zrobił sobie modny w ostatnich latach „gap year” i po prostu odpoczął, przemyślając sobie pewnie kilka spraw.

Bez Papszuna nie jest łatwo

Podczas gdy Papszun odpoczywał, Raków pod wodzą jego dotychczasowego asystenta, Dawida Szwargi, przeżywał ogromny kryzys. Drużyna straciła styl, odpadła z walki o puchary i zakończyła sezon poza podium. Właściciel klubu, Michał Świerczewski, publicznie przyznał się do błędu i zrozumiał, że bez twardej ręki jego imperium zaczyna pękać. 21 maja 2024 roku Raków Częstochowa ogłosił oficjalny powrót Marka Papszuna. Trener podpisał dwuletni kontrakt, stając się najlepiej opłacanym szkoleniowcem w historii Ekstraklasy (zarobki szacowano na 200–250 tysięcy złotych miesięcznie).

Druga kadencja (od maja 2024 do grudnia 2025 roku) była znacznie bardziej wyboista niż pierwsza. Papszun wrócił do Częstochowy, by ustabilizować drużynę, jednak zespół borykał się z wahaniami formy, a w samej Ekstraklasie narastała frustracja gorszymi wynikami (jak np. bolesna porażka z Piastem Gliwice 1:3 pod koniec jego kadencji). Mimo napiętej atmosfery, Papszun zdołał pożegnać się z klubem sportowym sukcesem. W swoim ostatnim meczu w grudniu 2025 roku wygrał z Omonią Nikozja, wprowadzając Raków do 1/8 finału Ligi Konferencji

Trener od razu zaprowadził stare porządki. Piłkarze, którzy przez rok zdążyli się rozleniwić, zostali skreśleni. Raków powrócił do korzeni i znowu zaczął grać pragmatyczną, fizyczną oraz niezwykle intensywną piłkę. Pozwoliło to „Medalikom” błyskawicznie wrócić do ścisłej czołówki Ekstraklasy.

Legia wzywa, a Częstochowa zła

Historia Papszuna w Częstochowie po powrocie nie trwała jednak wiecznie. Choć w sezonie 2024/2025 ponownie ustabilizował pozycję Rakowa, jego ambicje i bezkompromisowy charakter znowu dały o sobie znać. Pod koniec grudnia 2025 roku doszło do kolejnego tąpnięcia – Marek Papszun ostatecznie opuścił Częstochowę i podpisał kontrakt z Legią Warszawa. W stolicy powierzono mu misję ratunkową i wyciągnięcie klubu z kryzysu. Obecnie z powodzeniem realizuje swoje twarde rządy przy Łazienkowskiej.

Jednak nie zaczęło się łatwo nie tylko pod względem sportowym. Odejście Marka Papszuna z Rakowa Częstochowa do Legii Warszawa pod koniec 2025 roku wiązało się z napiętą atmosferą. Do tego doszły trudne negocjacje. A wszystko przez to, że Marek Papszun prowadził negocjacje z Legią Warszawa za plecami władz Rakowa, co wywołało duże oburzenie w Częstochowie. Co więcej Właściciel Rakowa, Michał Świerczewski, oraz szefostwo klubu nie chcieli początkowo wyrazić zgody na odejście trenera na warunkach proponowanych przez Legię, doprowadzając do sytuacji patowej. Według doniesień medialnych, Papszun zdecydował się na ruch w stronę Legii m.in. w momencie, gdy dowiedział się o planach i działaniach kadrowych Rakowa. Cała ta saga trwała zdecydowanie za długo i nie pomogła ona tak naprawdę nikomu. Wizerunek szkoleniowca co by nie mówić dość mocno ucierpiał.

Podobno jak Legia wzywa, a jak bardzo się ją lubi to się nie odmawia. Nie każdy to rozumie, a już na pewno nie mieszkańcy Częstochowy. Co by nie mówić kibice Rakowa Częstochowa zareagowali na odejście swojego „guru” trenerskiego ogromną wściekłością i poczuciem zdrady, a cała sytuacja zniszczyła jego status bezdyskusyjnej legendy pod Jasną Górą. Gdy w listopadzie 2025 roku trener publicznie zadeklarował chęć przejścia do stolicy, fani zareagowali natychmiastowo. Podczas meczów skandowano w jego kierunku obraźliwe i pełne frustracji hasła. Na trybunach pojawiły się transparenty, na których wprost nazywano go „Judaszem”. W Częstochowie doszło nawet do zdewastowania muralu poświęconego szkoleniowcowi, na którym kibice zostawili wymowne, krytyczne napisy. Dla fanów Rakowa bolesny był nie tyle sam fakt odejścia, co styl – prowadzenie potajemnych rozmów z odwiecznym rywalem i robienie medialnej „szopki” w trakcie trwania sezonu.

Kto najbardziej zyskuje?

U Marka Papszuna zyskują przede wszystkim piłkarze o mentalności „żołnierzy”, zdyscyplinowani taktycznie, gotowi na twarde granie i tytaniczną pracę biegową. Nie ma u niego miejsca na indywidualizm kosztem zespołu. Takim klasycznym przykładem jest chociażby Tomas Petrasek. To bez wątpienia sztandarowy przykład „produktu” Papszuna. Czech trafiał do Rakowa w 2016 roku z trzeciej ligi czeskiej jako surowy, nieociosany obrońca. Papszun rygorystycznym treningiem i precyzyjnymi zadaniami taktycznymi ukształtował go na jednego z najlepszych stoperów Ekstraklasy, kapitana drużyny i reprezentanta Czech. Do tego trzeba dodać Zorana Arsenicia. To znamienna historia transferowa. Gdy Arseniciowi kończył się kontrakt w Częstochowie, Papszun bez wahania ściągnął swojego byłego kapitana z Rakowa do Warszawy. Wiedział, że Chorwat z miejsca wejdzie do składu i „ustawi” mu defensywę bez konieczności długiej nauki taktyki.

Dodatkowo szkoleniowiec uwielbia wahadłowych, którzy potrafią „zamęczyć” rywala biegowo. Patryk Kun pod jego wodzą w Rakowie rozwinął się tak mocno, że trafił do reprezentacji. Z kolei, w Legii Papszun błyskawicznie postawił na Pawła Wszołka, robiąc z niego kluczowy motor napędowy i idealnego wykonawcę swoich założeń na prawym wahadle.

Do tego trzeba koniecznie wspomnieć o zwanych ironicznie braciach „Kapustyniak”. Bartosz Kapustka to bez wątpienia piłkarz z ogromną jakością, którego karierę hamowały kontuzje. Papszun po przyjściu do Legii uczynił z niego absolutnego lidera środka pola i zdradził w mediach, że obok Augustyniaka to najważniejszy zawodnik w jego układance. Efekt? Kapustka pod okiem Papszuna odzyskał dawną dynamikę i po 8 latach wrócił do reprezentacji Polski. Wspominany Augustyniak to dla Papszuna piłkarz idealny – uniwersalny, silny fizycznie, mogący grać jako stoper w systemie z trójką obrońców lub jako defensywny pomocnik. Choć pod koniec 2024 roku spekulowano o jego odejściu, to Papszun po swoim przyjściu budował piłkarza na nowo. Nie dość, że w pewnym sensie zablokował jego odejście Rafała, to w maju 2026 roku władze klubu ogłosiły przedłużenie kontraktu z zawodnikiem. Augustyniak odwdzięcza się kluczowymi bramkami.

Kwintesencja Marka Papszuna

W Legii Warszawa Marek Papszun radzi sobie bardzo dobrze i odmienił grę zespołu. Szybko poukładał drużynę według własnych wspominanych i opisywanych już twardych zasad i zaczął odnosić regularne sukcesy, którymi jak na razie są po prostu solidne wyniki. A to w obecnej sytuacji Legii wydaje się bardzo dobrą informacją. Legia pod jego wodzą gra niezwykle stabilnie. Obecnie zajmuje 2. miejsce w tabeli Ekstraklasy i gra skuteczną piłkę. O widowiskowości i dużych wrażeniach z oglądania meczu Wojskowych nie ma jednak co mówić.

Papszun również w swoim stylu przeprowadził wietrzenie kadry – w letnim oknie odeszło aż 15 zawodników. Aktualnie głośno jest o jego bezkompromisowości – media donoszą, że podjął już decyzję o odsunięciu od składu i zimowej sprzedaży m.in. Kacpra Chodyny, dla którego nie widzi miejsca w swojej taktyce. W Legii Warszawa Marek Papszun jest kimś znacznie więcej niż tylko pierwszym trenerem. To „menedżer w stylu angielskim” i jednoosobowe centrum decyzyjne w obszarze sportowym. Obejmując stanowisko, wywalczył sobie ogromne uprawnienia, na które rzadko pozwala właściciel klubu Dariusz Mioduski. Papszun wprowadził do Legii swoje zasady.

To on decyduje, kto zostaje, a kto odchodzi. O tym, jak silną pozycję ma Papszun, świadczy głośna historia z początku 2026 roku. Doszło wtedy do ostrego sporu na linii Papszun – Marek Śledź (szef Akademii Legii) o model wprowadzania młodzieży i zarządzanie rezerwami. Zarząd bez wahania stanął po stronie trenera, w efekcie czego ceniony dyrektor akademii został zmuszony do odejścia z klubu. Zarząd Legii w pełni podporządkował strukturę klubu pod wizję Papszuna. Włodarze akceptują jego trudny, autorytarny charakter, dopóki zespół plasuje się w ścisłej czołówce Ekstraklasy i regularnie punktuje.

Ogólnie Legia pod względem strukturalnym przeszła gruntowną restrukturyzację. Wiodącą nową postacią jest Fredi Bobić, który od czerwca 2026 roku oficjalnie sprawuje funkcję dyrektora sportowego. Wprowadzenie niemieckiego dyrektora o tak głośnym nazwisku (byłego szefa m.in. Eintrachtu Frankfurt i Herthy Berlin) sprawiło, że Marek Papszun zyskał partnera o zbliżonej, niezwykle silnej osobowości. Ich współpraca jest specyficzna, szorstka i opiera się na twardych, profesjonalnych zasadach.

Nie lubimy się za bardzo, ale budujemy wspólny projekt

Fredi Bobić otwarcie przyznał publicznie, że „nie jest wielkim fanem sposobu grania” preferowanego przez Papszuna. Bobić ceni ofensywny, nowoczesny styl Bundesligi, podczas gdy polski trener stawia na pragmatyzm, żelazną defensywę i taktyczny rygor. Mimo różnic wizualnych, obaj doskonale wiedzą, jak realizować cele. Bobić wziął na siebie odpowiedzialność za strategiczne zarządzanie transferami międzynarodowymi, budżetem oraz reorganizację skautingu. To Niemiec koordynuje czystki w kadrze, o które zabiegał szkoleniowiec – takie jak letnie rozstania z kilkunastoma graczami czy zimowe plany sprzedażowe.

Zarząd Legii z prezesem Marcinem Herrą na czele stworzył duet Bobić-Papszun. Celem jest przywrócenie klubu na stałe do europejskich pucharów. Choć obaj panowie nie ukrywają, że mają odmienne spojrzenie na estetykę futbolu, to ich profesjonalizm i nastawienie na wynik pozwalają Legii utrzymywać się w ścisłej czołówce Ekstraklasy i budować klub na nowo. Na czele z Markiem Papszunem od którego Legia Warszawa można śmiało powiedzieć, że się uzależniła. I tu dochodzimy do puenty całego rozmyślania nad życiorysem i sposobem na trenowanie Marka Papszuna. Po jego odejściu z Częstochowy, widać jak słabo radzi sobie projekt Michała Świerczewskiego.

W klubie dalej unosi się jego duch. Wydobywanie się z marazmu i budowanie zespołu zupełnie na nowo może być bardzo bolesne w skutkach. To samo można spotkać kiedyś Legię Warszawa. Takie oddanie trenerowi władzy jest dobre, gdy on ma chęci do pracy i poświęca się danemu projektowi w 100%. Gdy dochodzi do małego tąpnięcia, atmosfera się zagęszcza, a trener ostatecznie odchodzi to zaczynają się problemy. A z takich Stołeczni nie tak dawno się dopiero co wygrzebali. Papszunalizacja to sposób oraz metoda, która gwarantuje jakość i wyniki na tu i teraz. Jednak możliwe, że zabija po czasie kluby i pokazuje toksyczną relację Papszuna jaka zachodzi pomiędzy trenerem, a ludźmi pracującymi w gabinetach. Do niczego dobrego to nie prowadzi. Chyba, że myślimy tylko i wyłącznie o sukcesie i procesie, który prędzej czy później i tak dobiegnie końca. Co kto lubi…

Mateusz Topolski
Mateusz Topolski
Pasjonat futbolu, najlepiej w wydaniu polskim, włoskim i hiszpańskim. Wierny fan Lecha Poznań i wszystkiego co romantyczne oraz inspirujące w piłce nożnej. Poza tym chętnie spoglądam na F1, tenis ziemny i siatkówkę.

Podobne