Brak awansu na mundial to przeszłość, której nie ma sensu rozpamiętywać. Dzisiaj reprezentacja Polski rozpoczęła misję „Euro 2028”. Zanim bezpośrednia walka o bilety na Wyspy Brytyjskie, pozostała jeszcze Liga Narodów. A wyniki w niej zdecydują, czy trafimy na nieco łatwiejszych rywali w eliminacjach. Teraz jest czas na szukanie rozwiązań z myślą o przyszłości, ale po macoszemu nie warto jej traktować. W końcu dzięki Lidze Narodów dostaliśmy szansę w barażach o poprzednie ME. Na początek rywal niełatwy, bo jeszcze niesiony sukcesem za oceanem. Bośnia i Hercegowina pierwszy raz wyszła z grupy MŚ, co jest jej największym sukcesem w historii. Nic dziwnego, że ambicje na Bałkanach wzrastają.
Dywizja A to było dla polskiej reprezentacji za dużo
Polacy zaczęli ten mecz dość wolno, na szczęście to się utrzymało tylko przez pierwsze 3 minuty. Potem podkręcili tempo i przejęli inicjatywę na murawie Narodowego. Rozpoczęliśmy nieźle, ale jednocześnie dostaliśmy sygnał, że Bośniacy tanio skóry nie sprzedadzą. A mecz sam w sobie nie porywał szczególnie – po 10 minutach ani jednego celnego strzału. Mimo tego był dość chaotyczny. Dużo zwrotów akcji, raz w jedną stronę, raz w drugą. Bośnia także na nas nacierała. Było nieźle dla nas, ale tylko na chwilę, bowiem podopieczni Sergeja Barbareza się rozochocili w ofensywie i grali dużo na naszej połowie.
Jeśli ktoś do meczu reprezentacji podchodził z optymizmem, to się srogo rozczarowywał. Nie ma co przebierać w słowach: męczyliśmy się. Bośnia sprawiała nam mnóstwo problemów na skrzydłach za sprawą Kerima Alajbegovicia i Esmira Bajraktarevicia. Gra podopiecznych Jana Urbana nie dawała żadnych pozytywnych sygnałów, nie zanosiło się na to, że to my obejmiemy prowadzenie. Nie szło nam na boisku. Bośniacy mieli dużo więcej atutów po swojej stronie, a Polacy nie wiedzieli, jak zagrozić przyjezdnym z Bałkanów. Ciężko się ten mecz oglądało. Chociaż wielkiego zaskoczenia zapewne nie było. W końcu cierpienie mamy już wpisane w naszą kulturę, historię i DNA.
Coś w grze naszej reprezentacji drgnęło w 43. minucie. Kapitalne, długie podanie posłał Piotr Zieliński. Piłkę w pobliżu pola karnego zgasił Matty Cash. Nie zastanawiał się długo, zagrał w pole karne do Michała Skórasia i ułatwił mu zadanie, jak tylko mógł. I Skóraś… źle przyjął piłkę, pogubił się i Bośniacy wybili ją daleko od siebie. Chwilę później nieźle uderzył Sebastian Szymański, lecz prosto w bramkarza. Pierwszy celny strzał, który cieszył prawie jak bramka. Na rany Chrystusa…
Boli ten remis…
W drugą połowę Polacy weszli trochę lepiej, niż w tę pierwszą. Mieli nieco więcej do powiedzenia, tempo spotkania było wysokie. Brakowało tylko w tym wszystkim jakiegoś ładu i składu, ale najgorszego wrażenia nie zostawiali. Takiego z pewnością nie chciał wywrzeć debiutujący Wiktor Nowak. A w 55. minucie Polska miała świetną okazję. Najpierw Cash uderzył z ostrego kąta, ale celnie. Bramkarz odbił piłkę wprost pod nogi Szymańskiego, który kropnął bez zbędnych kalkulacji. Martin Zlomisić po raz kolejny dobrze się spisał między słupkami. Niemniej jednak taki pozytywny impuls był naszym bardzo potrzebny. Nasza gra się poprawiła. A jeszcze w 58. minucie Nowak uderzył z daleka. Spudłował, ale pomocnika Slavii należy docenić za odwagę i dobrą decyzję.
Podopieczni Jana Urbana wreszcie odcięli się od tej beznadziei sprzed przerwy. Radzili sobie dobrze, zepchnęli Bośniaków do obrony, mieli okazję za okazją. Taka gra mogła się podobać, pod warunkiem że poprawiliby to zero na tablicy. Niestety, za ładną grę nikt punktów nie rozdaje, trzeba to przekuć na gole. Tym bardziej, że zegar tykał, a czas nie grał na naszą korzyść. Nie można było odmówić naszym reprezentantom zaangażowania. Szukali sposobu na Bośniaków, jakby tu zadać ten ostateczny cios. Jednocześnie potrafiliśmy się bronić, co przy trudnym uderzeniu potwierdził w 71. minucie Marcin Bułka. Ale 5 minut później zrobiło się nieprzyjemnie. Wrzutka Bośniaków z rogu, po której wpadła do naszej bramki. Jednakże Haris Tabaković faulował Bułkę, więc bramki na szczęście nie uznano.
Cały czas gol dla Polski wisiał w powietrzu, aż było to frustrujące. Nieustannie czegoś brakowało, tej kropki nad „i”, tego decydującego kopnięcia. Niestety, czasu nie wystarczyło. Zremisowaliśmy z Bośnią i przegraliśmy z czasem, mimo szczerych chęci. Pierwsza część spotkania kompletnie do zapomnienia, zero polotu i pomysłu. Ale po przerwie wszystko się zmieniło, graliśmy tak, jak należało. Może poza tym najważniejszym czynnikiem – rezultatem końcowym. Musimy uszanować ten zdobyty punkt, bo łatwo z Bośnią nie miało być. Niemniej jednak niedosyt jest zrozumiały i uzasadniony. A poza tym, z pozytywów – naprawdę bardzo udany debiut Nowaka, oby tak dalej!



