Legia zrobiła z Radomiaka miazgę

Nie minęło 20 minut spotkania przy Łazienkowskiej, a już było wiadomo, że Radomiak Radom nie znajdzie żadnych argumentów. Legia Warszawa wbiła mu z dziecinną łatwością trzy gole. Potem zupełnie panowała nad spotkaniem, podwyższyła prowadzenie i w sumie równie dobrze mogła dzwonić po karetkę dla brutalnie zdemolowanych Radomian.

Legia zmiażdżyła gości

Pierwsze 30 minut spotkania Legia rozegrała perfekcyjnie. Od pierwszych minut chciała narzucić swoje warunki, co szybko się jej udało. Już w 7. minucie Radomiak kolejny raz zgubił się pod wysokim pressingiem i niecelne podanie Bartłomieja Gradeckiego przechwycił Paweł Wszołek. Wahadłowy natychmiast zgrał do Petera Sevcika, który ściął do środka, po czym uderzył precyzyjnie po ziemi. Piłka prześlizgnęła się po ręce bramkarza, odbiła się od słupka, by od razu wpaść do bramki.

Nie minęło wiele czasu, a Legioniści podwyższyli. Strzał głową Łukasza Zjawińskiego przed siebie sparował Gradecki. Z szansy na dobitkę skorzystał Rafał Augustyniak. Interweniował jeszcze VAR, bo początkowo sędzia nie uznał gola, myśląc, że pierwszy uderzał będący na spalonym Kamil Piątkowski. Powtórki zweryfikowały sytuację na korzyść gospodarzy.

Warszawianie co zbliżali się do pola karnego Radomiaka, to tworzyli wielkie zamieszanie. Jeszcze przed 20. minutą cieszyli się z trzeciego trafienia. Spod linii końcowej dośrodkował Ruben Vinagre, a niekryty Rafał Adamski wyskoczył do piłki i umieścił ją w siatce. Przyjezdni przyjmowali kolejne ciosy, nie mogąc się otrząsnąć.

Po pół godzinie gry obraz spotkania nieco się zmienił, bo Radomianie poprawili grę w środku pola. Nie radził sobie jednak z właściwie ustrukturyzowanym ustawieniem Legii. A pod koniec pierwszej połowy przyjął gonga na 0:4. Bartosz Kapustka przyjął, minął Ibrahima Camarę, a na koniec huknął z dystansu. Gradecki ponownie miał piłkę na rękach, ale nie interweniował skutecznie.

Radomiak totalnie nie dojechał

Szybko okazało się, że po przerwie podopieczni trenera Marka Papszuna nie zamierzają spuszczać z tonu. Ponownie dosiedli rywala, a błyskawicznie zrobiło się 0:5. Drugą bramkę dołożył Kapustka, raz jeszcze nie popisał się Gradecki. Golkiper znów nie sięgnął piłki, choć palcami lekko zmienił jej kierunek lotu. Radomiak był po prostu dziurawy jak ser szwajcarski. Legia z tego korzystała.

Od tego momentu inicjatywa zaczęła leżeć po stronie zawodników Tomasza Kaczmarka. Natomiast nie zmienia to faktu, że byli oni wyraźnie gorsi od rywali, przynajmniej o jedną klasę. Pojawiły się strzały, bo próbowali Luquinhas i Rafał Wolski, ale z obronami nie miał najmniejszych problemów Otto Hindrich. Stołeczna drużyna kontrolowała wydarzenia boiskowe. Radziła sobie z podrygami przyjezdnych.

W gruncie rzeczy przykro oglądało się tę rywalizację. Wojskowi zgotowali dla Zielonych piekło. Ci drudzy próbowali szarpać, ale właściwie stanowili tylko tło dla prezentacji siły przez Legię. Ta udowodniła, że pod rządami trenera Papszuna będzie faworytem do wygrania rozgrywek Ekstraklasy. Radomiak zaś po dobrym starcie w lidze prezentuje się coraz gorzej. Z czołówką ligową miał nieliczne przebłyski, ogólnie zaś nie miał do niej podjazdu. Prawdopodobnie szykują się trudne tygodnie dla Warchołów.

Legia Warszawa – Radomiak Radom 5:0 (Sevcik 7′, Augustyniak 10′, Adamski 17′, Kapustka 44′, 51′)

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img