Husaria w ataku, biała flaga w obronie. Polska znów poległa w Sztokholmie

Marcowy baraż ze Szwecją pozostawił w naszych sercach zadrę. To samo sprawił piłkarzom, którzy dostali szansę stosunkowo szybkiej rehabilitacji. Polska poleciała ponownie do Sztokholmu i znów zdołała rzucić wyzwanie rywalowi. Demony w postaci słabej postawy defensywnej wciąż jednak nawiedzają Jana Urbana.

W finale barażu dobrze wyglądaliśmy do przodu, lecz z łatwością traciliśmy bramki. W meczu Ligi Narodów znów to działania defensywne były dla nas najtrudniejsze. Pierwsza bramka? Zgubione krycie, przez co Benjamin Nygren z bliska może tylko dołożyć głowę do przedłużonej przez Victora Lindelofa piłki. Druga? Yasin Ayari zwykłym balansem ciała i przyjęciem piłki ogrywa Sebastiana Szymańskiego i rogalem zawija przy słupku. Zawiódł też Matty Cash, bo do Szweda można było wyjść agresywniej, żeby nie miał czasu dopieścić uderzenia. Victor Gyokeres na 3:0? Przemysław Wiśniewski chciał przekazać krycie, Cash nie, a napastnik Arsenalu mógł bez opieki kończyć dośrodkowanie Patrika Walemarka.

Polska w ataku jak husaria

Błędów z tyłu się nie ustrzegliśmy, lecz wynik wcale nie definiuje, jak ten mecz wyglądał. A w pierwszej połowie od okolic 20. minuty defensywa szwedzka musiała się mierzyć z huraganowymi atakami naszej drużyny. Polacy szli do przodu jak husaria pod Kircholmem w 1605 roku. Zagrożenie generowane było przede wszystkim w środku i na lewej stronie. Nicola Zalewski podwajali mającego żółtą kartkę Daniela Svenssona, zaś Piotr Zieliński i Wiktor Nowak dbali o grę na jeden/dwa kontakty i progresję piłki. Viktor Johansson wielokrotnie musiał zbierać się do celnych uderzeń. Z dystansu testował go Zieliński, lewą nogą dobrze próbował Cash, a głową uderzał też Mateusz Żukowski. Jakość uderzeń nie była jednak taka, jak naszych rywali.

Piłka chodziła jednak jak po sznurku między naszymi reprezentantami, a sama gra mogła się bardzo podobać. Brakowało jednak – jak w przypadku meczu z Bośnią i Hercegowiną (0:0) gola. Ten wreszcie wpadł, jakby w konsekwencji naporu, będąc nagrodą za wysiłek włożony w ofensywę. Sebastian Szymański zmieścił futbolówkę z bliska, trafiając od słupka i kończąc składną akcję.

Po przerwie wciąż podopieczni Jana Urbana kontynuowali rozpęd, by wykorzystać bojaźliwych Szwedów. Największy problem był jednak znów z finalizacją akcji. Tracone bramki natomiast osłabiały nasze morale i powodowały, że pęd został wytracony. Za styl punktów nie dają, natomiast dawno kadra tak ładnie nie grała przez dłużej niż 15 minut. Ostatni raz chyba za Paulo Sousy.

Szwecja – Polska 3:1 (Nygren 8′, Ayari 63′, Gyokeres 72′ – Szymański 43′)

Podobne

spot_img
spot_imgspot_img