Dół tabeli i dwie ekipy z – może nie nożem – ale scyzorykiem na gardle. Motor Lublin gra poniżej swoich oczekiwań, zaś Śląsk Wrocław mierzy się z trudnym życiem beniaminka. W stolicy województwa lubelskiego rozgrywał się mecz zgodowy, lecz na boisku nikt nie zgadzał się na remis. W roli głównego aktora wystąpił Karol Niemczycki. Bez niego Wrocławianie mogliby szybko stracić ochotę do gry.
Bramkarz Śląska zaczął spotkanie z wysokiego C. Niemczycki stał się ogromnym przeciwnikiem swojego imiennika z lubelskiej drużyny. Karol Czubak próbował wiele razy. W ciągu pół godziny trzy razy straszył uderzeniami, jednakże gola się nie doczekał. Interwencje po dwóch główkach były wyśmienite – trudno określić, która z nich wygra w plebiscycie o parady kolejki. Niemczycki napędzał się więc pozytywnie, co przydało się też w dalszych częściach meczu.
Stojący w bramce zlokalizowanej bliżej trybuny ultrasów mógł patrzeć, jak po drugiej stronie złe wybicie notuje Gasper Tratnik, a jego koledzy w hiszpański sposób wchodzą w pole karne i zdobywają gola. Sposób dostarczenia piłki do Przemysława Banaszaka mógł się podobać, a Śląsk wyszedł na prowadzenie. To był ich jedyny ofensywny akcent do przerwy.
Karol Niemczycki i długo, długo nic
To właśnie po straceniu gola Niemczycki dwukrotnie powstrzymywał Czubaka i utrzymywał korzystny wynik. Motor poszedł po pełną pulę i nie odpuszczał rywalom. Wrocławianie mieli ogromny problem z wymienieniem paru podań. O wyjściu z własnej połowy podopieczny Ante Simundzy nawet nie myśleli. W przerwie sam Czubak przyznał – „Miażdżymy ich, nie mogą wyjść za połowę”. Z szatni wyszli z niezmiennym nastawieniem. Makan Aiko szybko dał się kopnąć Alexowi Timossiemu, a Lublinianie stanęli przed szansą na doprowadzenie do remisu. Lepszej okazji mieć się nie dało. Czubak jednak po raz kolejny przegrał pojedynek z Niemczyckim. Interwencja nogami przy strzale w środek bramki.
Na trybunach jęk zawodu bardzo szybko przemienił się w radość. Ten sam Aiko, który wcześniej był powstrzymywany przez Szweda, teraz wziął sprawy w swoje ręce. Świetne wbiegnięcie w pole karne Francuza zauważył Yacine Bourhane. Obywatel Komorów zagrał długą piłkę, jego kolega uderzył w stronę długiego słupka lewą nogą i mieliśmy remis. Nie na długo. Podanie na wolne pole za linię obrony Motoru, Papis Malaly Dembele posyła piłkę obok Tratnika i po interwencji VAR-u, który wykazał brak spalonego.
Śląsk Wrocław zaczął wychodzić z własnej połowy, gdyż Lublinianie ruszyli dość ryzykownie do ataku. Decyzja o odsłonięciu się okazała się trafna, bo celnym strzałem rzut rożny zakończył Christopher Simon. Senegalczyk dobijał obronioną przez Niemczyckiego główkę Marka Bartosa.
Brak krycia na dalszym słupku kosztował punkty, bo Motor poszedł później po pełną pulę. Faulowany w doliczonym czasie gry Jacques Mbaye Ndiaye nie protestował za mocno, lecz sztab lubelskiej ekipy był czujny. Sędzia Sebastian Krasny został wezwany do monitora, obejrzał sobie sytuację i jednoznacznie wskazał na wapno. Tym razem już nie Czubak, a Bourhane podjął się wykonania tego ważnego stałego fragmentu gry. Uderzenie w prawą stronę na rękawicy miał bramkarz Śląska, lecz piłka mimo oporu wpadła do bramki. Po tym pełnym dramaturgii meczu Motor wygrał drugi raz z rzędu. Tydzień temu w Radomiu też skończyło się 3:2.


