Męczenie się z Wieczystą Kraków to kolejna rysa, lecz Raków Częstochowa nie będzie na to patrzył. W wyjazdowym meczu 11. kolejki PKO BP Ekstraklasy zarobił trzy oczka, które pozwalają na lekkie odkopanie się z tarapatów. Bez wejścia Lamine’a Diaby’ego-Fadigi nie byłoby to możliwe. Tak jak bez nieudolności defensywnej rywali.
Raków Częstochowa wyglądał na boisku na drużynę, która miała odpowiednią determinację do zerwania z etykietą czerwonej latarni ligi. Trudno patrzyło się na męczarnie ekipy Medalików w tym sezonie. Mecz z Wieczystą mógł więc dać szansę. Mateusz Kochalski w pierwszej połowie miał z tego względu całkiem sporo roboty. Nie musiał wynosić się na wyżyny fachu bramkarskiego. Ilość strzałów powodowała jednak, że koncentracja musiała być na najwyższym poziomie. Były golkiper Karabachu Agdam spokojnie bronił uderzenia Karola Struskiego oraz Tomasza Pieńki. Zdołał też obronić strzał w środek po świetnej akcji Isaka Brusberga. Szwed ograł wszystkich na swojej drodze przy wbieganiu w pole karne, lecz przy strzale mógł się lepiej postarać.
W trochę innej sytuacji był natomiast Kacper Trelowski, gdyż ten głównie mierzył się z próbami z dalszej odległości. Przed przerwą nie skapitulował. Niezłe tempo meczu sprawiało, że ogólnie strzałów mieliśmy dość sporo. Większość z nich nie była jednak z gatunku tych groźnych. Statystyka ta była natomiast dowodem na to, że obie drużyny dość niezorganizowanie grały w defensywie. Duże odległości między obrońcami w drugiej połowie wykorzystała Wieczysta. Wpuszczony z ławki Lisandro Semedo wbiegł między dwóch zawodników Rakowa i otrzymał podanie „w uliczkę” od Efthymiosa Koulourisa. Wysunięty z bramki Trelowski nie miał szans na skuteczną interwencję.
Porażka w czwartym meczu z rzędu byłaby przedłużeniem serii, lecz na ratunek przyszedł grecki napastnik rywali. Po jednym z rzutów rożnych Koulouris rzucił się do blokowania strzału Ericka Otieno, zaś piłka trafiła w uniesioną wysoko rękę. Podyktowaną jedenastkę na gola zamienił Lamine Diaby-Fadiga i znów mieliśmy remis. Drużyna z Krakowa po utracie prowadzenia posypała się w obronie i dała się ugodzić po raz drugi. Patryk Makuch wykorzystał błąd Duje Dujmovicia, obsłużył Fadigę i Raków cieszył się z gola dającego prowadzenie.
Blisko było nawet hat-tricka Gwinejczyka, tyle że Kochalski wyciągnął się do jego zaskakującego strzału z dystansu. Do późniejszego uderzenia Oskara Repki także. 10 meczów w Lidze Mistrzów to doświadczenie, które procentuje i ujawnia się właśnie w takich sytuacjach. Przy bramkach nie miał szans.


