Po porażce Lecha Poznań z Bayerem Leverkusen atmosfera była przytłaczająca. Emocje skończyły się właściwie w połowie pierwszej części meczu. Potem można było już tylko podziwiać popisy Aptekarzy. W takich warunkach łatwo krytykowało się Kolejorza i nieopatrznie rzucało się niezbyt przemyślane, emocjonalne tezy. Odbierając jednak to spotkanie na chłodno, wszelkie dramatyczne opinie na jego temat wydają się nieco przesadzone.
Po takim meczu, jak po tym wczorajszym – i porażce podobnej do tej z Crystal Palace – chciałoby się to wszystko zaorać. To już kolejny przypadek, gdy Lech Poznań nie podołał w meczu z rywalem o wyższej klasie. Rzecz jasna nikt nie oczekiwał zwycięstwa. Wszyscy spodziewali się, że różnica w jakości uwidoczni się. Frustrujący jest bardziej fakt, że ponownie nie było nawet blisko, aby przynajmniej przeciwnik skonfrontował się z widmem utraty punktów. W konsekwencji łatwo myśleć o naszym futbolu defetystycznie – odbierać spotkanie z Bayerem Leverkusen jako przykład, że najlepszy obecnie polski zespół pasuje do bardziej wymagających rozgrywek europejskich jak pięść do nosa.
Lech Poznań jeszcze nie jest na tym etapie
Jak jednak rapował Łona, należy spojrzeć na całą sprawę szerzej. Bardzo lubimy porównywać się do drużyn z innych krajów. W ostatnim czasie zwłaszcza osiągnięcia norweskich klubów mocno wpływają na naszą opinię publiczną. Zwracamy uwagę na to, jak one potrafią rywalizować z najmocniejszymi i ich zaskakiwać. FK Bodo/Glimt w tym momencie to ekipa odnajdująca się w Lidze Mistrzów. Viking FK potrafił ugryźć Bayern Monachium. Zwróćmy natomiast uwagę na punkt wyjścia. Glimt w Europie rywalizuje już nieprzerwanie od 2021 roku. Przez ten czas harmonijnie się rozwijał. Zaczął od Ligi Konferencji (i porażek z polskimi reprezentantami Ekstraklasy), by stopniowo przystosować się do Ligi Europy. Zachował ciągłość, czym zbudował swoistą kulturę i tradycję. Viking to ciekawszy przypadek, bo on dał radę wejść do Ligi Mistrzów z marszu. Ostatni raz w europejskich pucharach grał w sezonie 2005/2006. Próbka jest nadal zbyt mała, żeby określić realne przygotowanie tego zespołu do długoterminowej walki w klubowym czempionacie.
Kolejorza zdecydowanie nie przyporządkujemy do szufladki z ekipą ze Stavanger. Bliżej mu do Bodo. Ale nie tego Bodo z dwóch ostatnich sezonów, a do Bodo z lat 2022-2024, kiedy wchodziło do fazy pucharowej Ligi Konferencji przez fazę grupową tych rozgrywek bądź przez 3. miejsce w grupie Ligi Europy. To nie identyczne przypadki, bo Lechitom znacznie trudniej gra się z silniejszymi przeciwnikami, ale są oni inaczej sprofilowanym zespołem. Lech chce być atrakcyjny, ofensywny oraz nowoczesny. Trudno więc przestawić się mu na inny styl. Szczególnie że teraz musi odnaleźć się w środowisku, w którym poziom piłkarski jest znacznie wyższy.
A ostatnie lata w europejskich zmaganiach to przecież w jego wykonaniu szarpnięcia. Był ćwierćfinał z ACF Fiorentiną, a potem dwa lata przerwy. Rok temu wrócił do Ligi Konferencji, by już w trwającej kampanii awansować o klasę wyżej. Można porównać to do rzucenia się na głęboką wodę. Poznaniacy bowiem nie mieli aż tak wiele czasu, aby wyciągnąć odpowiednie wnioski. Nie mam na myśli tylko sztabu – chodzi również o inne sektory działalności Lecha, przede wszystkim o politykę transferową. Oceniam to dopiero po fakcie, ale jasnym się stało, że w składzie brakuje odpowiedniej głębi. Skoro ukaranego Pablo Rodrigueza musiał zastąpić niebędący w formie Gustav Berggren, a na miejsce kontuzjowanego Wojciecha Mońki dostępny był tylko Terry Yegbe, który stał się cieniem samego siebie z początku sezonu, to trudno oczekiwać czegoś więcej. Odpowiedniego zastępstwa nie mają też Mikael Ishak czy Luis Palma – obaj też w ostatnim czasie spisują się poniżej tego, do czego nas przyzwyczaili.
Zbyt wcześnie, by mówić o braku postępów
Na pewno do jakiegoś stopnia winnym za dotychczasowe niepowodzenia jest Niels Frederiksen, lecz też skala wyzwania, jakiego musiał się podjąć, po części tłumaczy ostatnie wyniki. Prawdę o tym, czy jego zespół okrzepł na pewnym międzynarodowym poziomie, powiedzą nam dopiero mecze z Ferencvarosem i Royalem Unionem Saint-Gilloise, bo te ekipy są odpowiednikami takich klubów, jak Crvena Zvezda, KRC Genk czy Szachtar Donieck. Z kolei o dłuższej perspektywie będziemy mogli porozmawiać nie wcześniej niż za rok. Wtedy zobaczymy, jaką taktykę obierze nie tylko kadra szkoleniowa (o ile się nie zmieni), ale też klub jako instytucja. Do tej pory mamy prawo się denerwować, frustrować lub smucić. Nie powinniśmy jednak zapominać, że Poznaniacy wciąż znajdują się na wczesnym etapie dostosowywania się do europejskich warunków gry.
Być może to zbyt minimalistyczne podejście, ale chyba warto na dalszą część sezonu zachować cierpliwość. Należy patrzeć na mecze Lecha jak na potyczki mające na celu podłożyć fundamenty pod przyszłość. Wiemy, wokół jakich standardów chcą obracać się niebiesko-biali. Choć teraz do spełnienia własnych wymagań jest Kolejorzowi daleko, następne mecze są szansą na poprawę zarówno w krótkim, jak i długim terminie. Dopóki Lech gra w Europie, zachowuje ciągłość procesu. Pozwala zakorzeniać się tej wspomnianej tradycji, która moim zdaniem w futbolu odgrywa wielką rolę.


