Widzew Łódź mógł sprowadzić króla strzelców za darmo. Masłowski powiedział „nie”

Efthymis Koulouris był latem realną opcją dla Widzewa Łódź. Król strzelców Ekstraklasy z sezonu 2024/25 był wolnym zawodnikiem, więc nie trzeba było płacić za niego odstępnego. Robert Dobrzycki chciał tego transferu, kibice również patrzyli na pomysł z dużym zainteresowaniem, ale ostatecznie klub wycofał się z rozmów. Łukasz Masłowski przyznał teraz, że zadecydowała nie kwota transferu, lecz sposób, w jaki miał wyglądać kontrakt Greka.

Kulisy sprawy dyrektor pionu sportowego Widzewa opisał w rozmowach dla „Rozmów Tylko Sportowych” i Radia Widzew. Temat Koulourisa pojawił się w drugiej połowie sierpnia, kiedy napastnik pozostawał bez klubu. Z punktu widzenia łodzian była to rzadko spotykana okazja: zawodnik doskonale znał Ekstraklasę, dwa sezony wcześniej zdobył w niej 28 bramek dla Pogoni Szczecin i nie trzeba było negocjować z żadnym klubem kwoty wykupu. Wydawało się, że przy budżecie, jakim dysponuje dziś Widzew, największym problemem będzie przekonanie piłkarza do projektu sportowego. Rozmowy rozbiły się jednak o konstrukcję wynagrodzenia.

Masłowski nie ukrywa, że Koulouris oczekiwał bardzo wysokiej pensji gwarantowanej. Widzew był gotowy płacić dużo, lecz większa część pieniędzy miała być uzależniona od tego, co napastnik zrobi na boisku. Gole, liczba występów i wynik zespołu miały uruchamiać kolejne premie. Przy piętnastu trafieniach Grek mógłby według dyrektora zbliżyć się do bardzo wysokiego poziomu zarobków. Problemem było to, że zawodnik chciał znaczną część tej sumy mieć zagwarantowaną niezależnie od formy. Masłowski podsumował zmianę podejścia jednym zdaniem: „Na to już się nie chcemy godzić”. Decyzja pokazuje zmianę w polityce klubu, który w poprzednich oknach nie bał się dużych wydatków. Widzew płacił milionowe kwoty za nowych zawodników, a nazwiska Osmana Bukariego czy Emila Kornviga potwierdzały, że właściciel jest gotowy finansować ambitne ruchy. Masłowski zapewnia, że budżet nie został nagle zakręcony. Sam Dobrzycki miał wręcz namawiać pion sportowy do sprowadzenia Koulourisa. Dyrektor postawił granicę, bo nie chce budować szatni, w której najwyższe pensje są oderwane od aktualnej przydatności zawodnika.

Widzew Łódź mógł, ale nie chciał

Sprawa Koulourisa dobrze pokazuje szerszy kierunek. Widzew próbuje zerwać z opinią, że do Łodzi przychodzi się przede wszystkim po bardzo dobry kontrakt. Masłowski mówi otwarcie o potrzebie pilnowania pieniędzy właściciela i wiązania większej części zarobków z realną wartością na boisku. Klub może dużo zapłacić, ale chce, żeby wysoki koszt był skutkiem bramek, minut i wyników, a nie tylko podpisu pod umową.

Ostateczny rachunek przyjdzie dopiero po sezonie. Koulouris udowodnił w Ekstraklasie, że przy odpowiednim serwisie potrafi seryjnie zdobywać bramki, więc jego nazwisko będzie wracać przy każdej słabszej serii napastników Widzewa. Łódzki klub ma ambicje większe niż spokojne miejsce w środku tabeli. Jednocześnie brak kwoty odstępnego nie czyni transferu tanim, jeśli cały ciężar finansowy przenosi się na kilkuletnią, bardzo wysoką pensję. Właściciel był do transferu nastawiony pozytywnie, pieniądze nie stanowiły przeszkody, a zawodnik był dostępny. Pion sportowy uznał jednak, że zaproponowane warunki nie pasują do modelu budowanego przy Piłsudskiego. Masłowski bierze więc odpowiedzialność nie tylko za piłkarzy, których sprowadza, ale też za tych, których świadomie odpuszcza. Nazwisko Koulourisa będzie wygodnym punktem odniesienia, gdy po sezonie zacznie się rozliczanie tej polityki.

Podobne