Górnik Zabrze latem mógł stracić jeszcze dwóch zawodników. Łukasz Milik w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim” ujawnił, że do klubu wpłynęły dwie oferty, które z punktu widzenia Górnika były atrakcyjne finansowo. Do transferów jednak nie doszło i tym razem nie dlatego, że przy Roosevelta uznano proponowane kwoty za zbyt niskie. W obu przypadkach to sami piłkarze nie chcieli zmieniać klubu. Dyrektor sportowy nie zdradził ich nazwisk ani wysokości propozycji, ale przy okazji powiedział coś jeszcze ciekawszego o modelu, który Górnik próbuje dziś budować. Zawodnik ma czuć się w Zabrzu dobrze, ale klub nie może doprowadzić do sytuacji, w której nikt nie będzie chciał odejść wtedy, gdy na stole pojawią się naprawdę duże pieniądze.
– Oferty? Były, dwie. Fajne sprzedażowe. W obu przypadkach piłkarze sami je odrzucali, bo chcieli zostać w Zabrzu – powiedział Milik w rozmowie z „Dziennikiem Zachodnim”. Chwilę później zaznaczył przy tym, że nie mówi już konkretnie o wspomnianej dwójce, lecz o szerszym problemie. Jego zdaniem czasami trzeba pilnować również tego, by zawodnicy nie zadomowili się w klubie do tego stopnia, że przestaną brać pod uwagę transfer w momencie, gdy Górnik może na ich odejściu bardzo dobrze zarobić. To dość nietypowe zmartwienie jak na klub, który przez lata musiał mocno oglądać każdą złotówkę i regularnie sprzedawał najlepszych zawodników. Ostatnie kilkanaście miesięcy pokazało jednak, że przy Roosevelta coraz częściej udaje się nie tylko znajdować piłkarzy za stosunkowo niewielkie pieniądze, ale później sprzedawać ich wielokrotnie drożej. Nie ma tu wielkiej filozofii. Zawodnik ma dostać możliwość regularnej gry, podnieść swoją wartość i w odpowiednim momencie przynieść klubowi konkretny zarobek.
Sarapata, Sow, Hellebrand, Ambros. Górnik nauczył się sprzedawać
Najgłośniejszych przykładów uzbierało się już kilka. Latem 2025 roku FC Kopenhaga sprowadziła 17-letniego Dominika Sarapatę za około cztery miliony euro. Pół roku później do Brøndby odszedł Ousmane Sow, za którego duński klub według medialnych informacji zapłacił około trzech milionów euro. Senegalczyk kosztował Górnika niespełna rok wcześniej wielokrotnie mniej, dlatego na samym tym ruchu zabrzanie zanotowali bardzo duży zysk. Tego lata lista zrobiła się jeszcze dłuższa. Korona Kielce uruchomiła klauzulę Patrika Hellebranda, która według baz transferowych wynosiła 1,7 miliona euro, a Anderlecht sprowadził Lukasa Ambrosa. Górnik oficjalnie potwierdził, że sprzedaż Czecha była największą transakcją wychodzącą w historii klubu, natomiast belgijskie media informowały o kwocie około pięciu milionów euro, uwzględniającej bonusy.
Osobnym przypadkiem był Wiktor Nowak. Slavia Praga oficjalnie podała wartość jego transferu na 2,4 miliona euro, ale nie można traktować całej tej kwoty jako prostego wpływu do kasy Górnika. W ramach powiązanej operacji do Zabrza przeniosło się dwóch zawodników Slavii wycenionych łącznie na 1,5 miliona euro, a czeski klub sam informował, że ostatecznie dopłaci Górnikowi 900 tysięcy. To detal, który dobrze pokazuje, jak łatwo przy podsumowywaniu transferów zawyżyć rzeczywistą skalę gotówki trafiającej do klubu. Nie zmienia to ogólnego obrazu. Sarapata, Sow, Hellebrand, Nowak i Ambros zostali w krótkim czasie sprzedani za kwoty, które jeszcze kilka lat temu w przypadku Górnika zdarzały się znacznie rzadziej. Szczególnie ważny jest Ambros, bo klub sam określił jego odejście mianem rekordowego transferu.
Dwie oferty były dobre. Nie chciał ich jednak przyjąć zawodnik
Właśnie na tym tle letnia historia ujawniona przez Milika jest interesująca. Dyrektor sportowy uznał dwie propozycje za atrakcyjne z punktu widzenia sprzedaży, więc nie chodziło o klasyczny przypadek klubu, który dostał ofertę i uznał ją za zbyt niską. Negocjacje zatrzymały się wcześniej, bo sami zawodnicy nie byli zainteresowani zmianą otoczenia. Nie znamy ich nazwisk, dlatego zgadywanie, kto mógł odejść, nie ma większego sensu. Wiadomo natomiast, że Górnik zakończył okno z kilkoma piłkarzami, którzy już wcześniej pojawiali się w kontekście zainteresowania innych klubów, a po dobrym początku sezonu wartość części kadry jeszcze wzrosła. Drużyna Michala Gašparíka spędza przerwę reprezentacyjną na pierwszym miejscu w Ekstraklasie, a dobra pozycja sportowa siłą rzeczy sprawia, że wyjazd z Zabrza nie musi być dla każdego atrakcyjny za wszelką cenę.
Dochodzi do tego zupełnie inna sytuacja właścicielska niż jeszcze w poprzednim sezonie. W maju spółka LP Holding związana z Lukasem Podolskim przejęła 86 procent akcji Górnika. Sam fakt prywatyzacji nie oznacza oczywiście, że klub może przestać zarabiać na transferach, ale zmienia otoczenie, w którym prowadzona jest polityka sportowa. Górnik nadal chce sprowadzać zawodników, rozwijać ich i sprzedawać z zyskiem. Milik widzi również drugą stronę dobrych warunków tworzonych piłkarzom w Zabrzu. Jeżeli zawodnik ma wysoką wartość, klub dostaje za niego ofertę znacznie przekraczającą koszt wcześniejszego sprowadzenia, a na jego miejsce można znaleźć następcę, sprzedaż pozostaje częścią całego modelu. Dla dyrektora sportowego sytuacja, w której piłkarz za wszelką cenę chce zostać, nie zawsze musi być więc idealnym rozwiązaniem.
Chłań? Zainteresowanie było, oferty nie
Milik odniósł się również do Maksyma Chłania. Nazwisko reprezentanta Ukrainy pojawiało się w poprzednich miesiącach przy okazji potencjalnego transferu zagranicznego, ale rzeczywista sytuacja wyglądała znacznie spokojniej. Były zapytania i pierwsze kontakty, jednak do Górnika nie wpłynęła żadna oferta, nad którą klub rzeczywiście musiałby się zastanawiać.
– Kto chciał kupić Chłania? Konkretnie nikt. Jakieś zapytania, jakieś zaczepki na wideo bywały, ale żadna oferta, nad którą byśmy się zastanawiali, nie wpłynęła – tłumaczył dyrektor sportowy. Ukrainiec był obserwowany i jego nazwisko funkcjonowało na rynku, ale żadna oferta nie znalazła się na stole. W przypadku dwóch innych piłkarzy pieniądze rzeczywiście się pojawiły, a mimo to transakcje zatrzymały się po stronie samych zawodników. Dla Górnika to sytuacja, z którą w kolejnych oknach może spotykać się częściej. Klub udowodnił już, że potrafi sprzedawać za kilka milionów euro, a przy obecnych wynikach sportowych kolejni zawodnicy mogą wzbudzać zainteresowanie. Jednocześnie dobra pozycja drużyny powoduje, że nie każdy musi traktować pierwszą ofertę z zagranicy jako szansę, której nie wolno odrzucić.



